Back to Porto

Below you can photo gallery  (wait for all thumbnails to load)
Poniżej polska wersjagaleria zdjęć  (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)

Monica never had a chance to visit Portugal and as it happened our student diaries finally synced with an open weekend.After two and a half years of my studies abroad I go back to Porto, taking my current roommate with me.

There are no direct flights from Seville to Porto and the rather complex journey takes us all day. Our adventure starts at 9am on a plane to Santiago in Spain where we spend a few lazy hours waiting for the bus. We reach our destination late in the evening. Portugal welcomes us with rain and not-so-warm atmosphere as we’d expect this time of the year. We check in to our hostel and get straight on to visiting some familiar places. We have the dinner at „Conga” with plates full off delicious bifana and quail washed down with Super Bock – a Portuguese beer. Fed and smiling we get to the Adega pub where every night was a student night when I studied here. This place always spilt its clientele into the street. Most of us were acquainted after a few evenings spent together. There was also always someone new and the friendly atmosphere made making friends really quick, even those who remain so to this day (and will for years to come). This time Adega welcomes us with no queues at the bar. Something must have change while I was away. The evening ends a morning full of dance at „MoreClub”.

The next day starts quite lazily but in our ambition we decide to climb the „Igreja e Torre dos Clérigos” where we can admire the wonderful, panoramic view of the city. The strong wind gets blows us away from there and into a long queue to a famous bookstore – „Livararia Lell” where we spend nearly two hours. This is the place J. K. Rowling found her inspiration to write about the adventures of Harry Potter. We walk by the river, taking photos and enjoying the sunset. Freezing and hungry we get to Santiago for the best Porto francesinha which is the local delicacy. Here the wait time for a table is at least 25 minutes but we’re lucky and after just 10 minutes we’re inside placing our orders. The huge potions are the cherry on top of today. Stuff to the point all we can do is drop into our beds.

Sunday turns out to be cloudy and cold with temperatures not getting above 15°C. Not far from our hostel, on Santa Catarina – one of the main of the city’s promenades – is „Nata”. It’s a small cafe serving breakfests and „pastel de nata” – delicious buns made of eggs and custard on puff pastry. Both Monica and I are big gluttons so we take a few, just in case.

What makes Porto Porto is… Port. We spend half a day in a winery, deepening our knowledge and tasting the local, famous all over the world Port wine. The rest of the afternoon is dedicated to strolling by the ocean and consuming our rations of previously hoarded buns. Quite tired and lazy we take a shortcut on our way back. In Foz, at the mouth of the river Douro we hop on the tram no. 1 which takes the scenic route. We’re lucky again. The driver is incredibly nice and gives us a private tour, which is making us really happy. The day ends in an all-you-can-eat buffet full of sushi.

The following day we get on our flight to Faro where we spend a lazy day walking around. In the evening our bus takes us back to Seville.

From Porto we come back bit by bed bugs which must have attacked us at the seemingly clean hostel. The weather was not perfect but we still managed to spend a fantastic ladies’ weekend, full of jokes, happines and delicious food.

My memories of the few months I spent in Porto when I was on my 5th year of studying have been revived. It was wonderful to walk down the same streets, visit familiar places and recognise familiar faces. So much has changed since then, both for Porto and me. Time flies. I will come back again…

Ps. Check out my first post about Porto.


Monica nigdy nie była w Portugalii, a w studenckich terminarzach zdarzył nam się wspólnie wolny weekend. Po dwóch i pół roku od czasu moich pierwszych studiów za granicą wracam do Porto. Zabieram ze sobą moją aktualną współlokatorkę.

Z Sewilli brak jest bezpośrednich lotów do Porto, a nieco złożona podróż zajmuje nam cały dzień. Przygodę zaczynamy o 9 rano lecąc do Santiago w Hiszpanii, gdzie spędzamy kilka leniwych godzin w oczekiwaniu na autobus. Do celu docieramy późnym wieczorem. Portugalia wita nas deszczem i niezbyt ciepłą atmosferą jak na tą porę roku. Meldujemy się w naszym hostelu i ruszamy w odwiedziny moich znajomych miejsc. Kolację zjadamy w „Conga”, a na talerze trafia przepyszna bifana i przepiórka, popijane portugalskim piwem Super Bock. Najedzone i uśmiechnięte ruszamy do pubu Adega, gdzie za czasu moich studiów każdego wieczora spotykali się studenci. Ten lokal zawsze wylewał się na ulicę dziesiątkami osób. Większość z nas znała się po kilku wspólnie spędzonych wieczorach. Zawsze dochodzili też nowi, a przyjazna atmosfera sprawiała, że tu nawiązywało się znajomości w jedną chwilę, często takie, które trwają do dziś i trwać będą lata. Tym razem Adega wita nas bez kolejek po piwo. Coś tu przez tą chwilę gdy mnie nie było wyraźnie się zmieniło. Wieczór wieńczymy witając roztańczony poranek w „MoreClub”.

Kolejny dzień rozpoczyna się leniwie, ale my ambitnie wspinamy się na wierzę „Igreja e Torre dos Clérigos”, z której roztacza się piękna panorama miasta. Silny wiatr wywiewa nas stamtąd w długą kolejkę do słynnej księgarni „Livraria Lello” gdzie spędzamy blisko dwie godziny. To tu J.K. Rowling czerpała inspirację do pisania przygód Harrego Potera. Spacerujemy wzdłuż rzeki, robimy zdjęcia i podziwiamy zachód słońca. Zmarznięte i wygłodniałe udajemy się do restauracji „Santiago” na najpyszniejszą w Porto Franceschinę, będącą lokalnym przysmakiem. Tu na stolik zwykle czeka się przynajmniej 25 minut, ale my mamy szczęście i po 10 minutach jesteśmy w środku składając zamówienie. Wielkie porcie są kropką nad i dzisiejszego dnia. Tak najedzone możemy tylko paść i zakończyć dzień.

Niedziela okazuje się pochmurna i chłodna, z temperaturą nie przekraczającą 15°C. Nieopodal naszego hostelu, na Santa Catarina, będącą jedną z głównych promenad miasta, znajduje się „Nata”. Jest to niewielka kawiarnia, która serwuje śniadania i „pastel de nata” – przepyszne babeczki jajeczno-budyniowe z francuskiego ciasta. Obie z Monicą jesteśmy wielkimi łakomczuchami i zabieramy ze sobą kilka babeczek na wszelki wypadek 🙂

To co czyni Porto Porto, to właśnie Porto! Pół dnia spędzamy w winiarni na zgłębianiu winnej wiedzy i degustacji lokalnego, znanego na całym świecie wina Porto. Resztę niedzielnego popołudnia spacerujemy wzdłuż oceanu konsumując wcześniej zachomikowane babeczki. Już dość zmęczone i rozleniwione skracamy sobie drogę powrotną. W Foz, u ujścia rzeki Douro do oceanu, wsiadamy w tramwaj nr 1, który jedzie malowniczą trasą. Mamy dużo szczęścia. Motorniczy zabytkowego składu jest niezwykle miły i funduje nam prywatny kurs co sprawia nam wiele radości. Dzień kończymy w bufecie z nielimitowaną ilością zjedzonego sushi.

Kolejnego dnia wcześnie rano lecimy do Faro gdzie leniwie włóczymy się przez cały dzień. Wieczorem mamy stąd autobus powrotny do Sewilli.

Z Porto wracamy pogryzione przez pluskwy, które zaatakowały nas w na pozór bardzo czystym hostelu. Pogoda nie była idealna. My jednak spędziłyśmy wspaniały babski weekend, przepełniony żartami, radością i pysznym jedzeniem.

Moje wspomnienia z tych kilku miesięcy, które spędziłam w Porto na piątym roku poprzednich studiów na nowo ożyły. Cudownie było spacerować tymi samymi ulicami, odwiedzać znajome miejsca i rozpoznawać znajome twarze. Wiele od tamtej pory zmieniło się w Porto i we mnie. Czas biegnie dalej. Wrócę tu znów za jakiś czas.

PS. Zobaczcie mój pierwszy post o Porto.

Comments

comment(s)