Rangun / Yangon, Myanmar

Birma chyba większości kojarzy się z nieznanym, egzotyką, biedą i wewnętrznymi niepokojami. Naszej podróży do Birmy towarzyszy dreszczyk emocji. Wiem dobrze, że wszelkie opisy na forach i portalach często nie oddają rzeczywistości, a subiektywny odbiór bywa tak odmienny, że wszystkiego trzeba doświadczyć na własnej skórze i odnieść do siebie. Dlatego też nigdy moje wpisy nie miały charakteru porad podróżniczych. Przygodę trzeba przeżyć samemu, a każdy przeżywa ją inaczej. Tripadvisor nie zawsze daje radę, drogo nie musi oznaczać dobrze, a dla jednych tanio wcale nie musi być tanio dla innych. Bezpieczeństwo powinno być jednak tożsame dla wszystkich.

Birma to kraj silnych jeźdźców, co właśnie oznacza współczesna nazwa kraju „Myanmar”. Siła Birmańczykom, dla których walka i wojna są nieobce, zawsze była potrzebna. Wojna i konflikty to współczesna historia tego kraju. Na Birmie odcisnęły swe piętno kolonie europejskie, w tym ta ostatnia ze strony Wielkiej Brytanii. Birmańczycy, zdaje się, że próbują zatrzeć wspomnienie kolonializmu zmieniając nazwę swojego kraju, a także miast, które funkcjonowały w czasach Brytyjczyków. Kraj pełen wewnętrznych konfliktów oraz przejść z okupantami, dopiero od kilku lat jest otwarty dla turystów. Ciągłe zamieszki w wielu regionach nadal odstraszają wielu od przyjazdu tutaj.

Część z Was może pamięta obraz filmu „Ucieczka z Rangunu” z Patricia Arquet, który po raz pierwszy w historii współczesnego świata znacząco przybliżył wydarzenia, które miały tu miejsce w latach 80 ubiegłego wieku. Historia Birmy porusza, współczesna Birma także porusza.

Lądujemy w Rangunie (wsp. Yangon). Przejście graniczne i formalności wizowe przebiegają szybko. Jest wieczór. Wsiadamy w taksówkę z kierowcą po prawej stronie, jedziemy także prawą stroną jezdni – tak to wygląda w całej Birmie, także jeśli chodzi o układ kierowniczy. Weryfikujemy na mapie trasę jaką wiezie nas kierowca do naszego hotelu znajdującego się w centrum ponad 7 mln miasta. Nic nie daje o sobie znać, aby centrum było blisko. Jedyne widoki, to zaniedbane blokowiska i niespójna zabudowa, które majaczą w ciemnościach niemal nieoświetlonego miasta. Jesteśmy w centrum.

Podróżujemy od kilku tygodni, ale z taką obsługą w hotelu, ani standardem w umiarkowanej cenie nie spotkaliśmy się jeszcze w Azji. Czysto, pachnąco, wygodnie, a obsługa otacza nas niezwykłą troską. Jak się dowiemy w trakcie naszej dalszej podróży po Birmie, to najwyraźniej hotelowy standard w tym kraju. Ulica jest jednak wielkim kontrastem dla hoteli, w których mieszkają turyści.

Z naszego hotelu, choć już ciemno, to widać złoty blask Pagody Szwedagon, najważniejszej świątyni buddyjskiej w mieście, która wg wierzeń powstała 2500 lat temu. W powietrzu unosi się kurz, a jedyne światła, to punkty handlowe przylepione do zniszczonych i starych budynków. Na ulicy cisza. Ruch pieszy i motorowy jest niewielki. Kilkumilionowa metropolia wydaje się opustoszała, a jest dopiero około 21:00. Niepewnym krokiem zmierzamy do Szwedagonu. Pokonujemy niezliczone schody by stanąć u progu świątyni, która bez reszty nas zaczarowuje. Blask niezliczonych świec. Ogólnie panującą ciszę przełamują dźwięki rozmodlonych wiernych i mantry mnichów. Potęga tej złotej, majestatycznej budowli, wielka przestrzeń i atmosfera miejsca są nieporównywalne z żadnym innym miejscem w jakim dotąd byłam. Jedyne skojarzenie jakie mam, to ze świętem Wszystkich Świętych w Polsce i tlącymi się światełkami cmentarzy wieczorową porą. Tu jednak temperatura jest wyższa. Zrobiło się późno, jutro mamy ponownie wrócić w to miejsce i zobaczyć jak zmienia się za dnia.

Powietrze parzy, ale na szczęście temperatura marmurowych posadzek, po których poruszamy się na boso, przynosi odrobinę ochłodzenia. Majestat Szwedagonu w świetle dziennym oślepia i to dosłownie. W blasku słońca nie da się patrzeć wprost na tą wielką, złotą stupę. Dziś jest więcej ludzi i widać pojedynczych turystów. Nie można jednak mówić o tłumach jakie można spotkać w innych krajach i popularnych miejscach kultu w Azji. Niezliczone świątynie i moc wizerunków Buddy, niezwykle bogate zdobienia zachwycają, ale i mocno kontrastują z ubogą rzeczywistością miasta i ubogiego życia Birmańczyków. Spacerujemy po mieście odwiedzając parki w zdecydowanie nie najlepszym stanie i podziwiając inne zabytki architektury. Obiad zjadamy w lokalu z 4 stolikami, który budzi nasze zaufanie. Niezwykłe, nieznane nam dotąd smaki przypraw i bardzo dobra obsługa. Birma odsłania przed nami swoje pierwsze uroki.

Czas ruszać dalej. Przed nami nocna podróż. Blisko 600 km do pokonania w dwanaście godzin. Luksusowy autokar z fotelami lotniczymi, zestawem multimedialnym i stewardesą wydaję się być niezwykle komfortową opcją. Turbulencji nie ma końca! Czy to my siedzimy na kole, czy nasz luksusowy autokar ma zepsutą amortyzację? Jak się okazuje nie tylko birmańskie, lokalne drogi pokryte kurzem, ale i autostrady powstają ręcznie, przy pomocy wiader z kamieniami i beczek z asfaltem, siłą mięśni mężczyzn i kobiet. Nie ma zatem szans na gładką powierzchnię, ani na spokojny sen, nawet w najbardziej luksusowym autokarze. Do Nyaung Shwe, miejscowości położonej przy jeziorze Inle kompletnie wytrzęsieni docieramy o 6:00 rano, a trzęsiemy się dalej, tylko że z zimna. Wita nas totalny spadek temperatury! Co nas tu czeka? Zobaczycie w następnym poście.

Poniżej wielka galeria zdjęć (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)


For most people Burma would be associated with the unknown, the exotic, the poverty and the unrest. Our trip to Burma starts with a bit of a thrill. I know that any description on a forum or an online portal isn’t a true reflection of reality and the subjective perception can be so different that you just have to experience it by yourself and relate to it in your specific way. That’s why my reviews never had a travel guide character. An adventure must be experienced individually and everyone goes through that differently. Tripadvisor isn’t always right, expensive doesn’t necessarily mean good and cheap for one person doesn’t have to be cheap for others. Safety, however should be pretty much the same for everyone.

Burma is a country of strong riders which is the meaning of the country’s current name “Myanmar”. Strength was always vital to the Burmese who are all too familiar with fight and war. Conflicts and clashes make up the history of contemporary Burma. It’s been marked by the european colonialism, including the latest ones coming from Britain. The Burmese are trying to erase the memories of colonial rule starting with changing the name of the country as well as the cities, that were in use during the time when they were under british control. The country is full of internal conflicts and it’s only been a few years since the borders were open for tourists. Continuous turmoil in many regions does not help people decide to come here.

Some of you might remember the film “Beyond Rangoon” with Patricia Arquette, which was the first attempt at showing the events that took place here in the 1980s in contemporary cinematography. Burma’s history is touching and so is the Burma of today.

We land in Rangoon (currently Yangon). Border control and formalities around our visa go quickly. It’s late. We get into a taxi with the driver on its right side but we drive on the right hand side of the road too. That’s how it is everywhere around here. We check the map to verify hte route the drive’s taken to our hotel which is in the middle of a 7-million city. There are no signs of the city centre anywhere around us. The only views are derelicted estates and inconsistent buildings looming in the shadows of nearly unlit city. We’re in the city centre.

We’ve been traveling for a few weeks now but we’ve never come across this kind of service and standard (in our moderate price range) in Asia. Clean, fragrant hotel with service taking the best care of us. As we find out throughout our trip around Burma this is a standard in the local hospitality market. The street is, however, a massive contrast to the hotels.

Even though it’s dark we can see from our hotel the glowing Shwedagon Pagoda, most important buddhist temple in the city, believed to be over 2500 years old. Dust is in the air and the light only comes from the street shops attached to old, dilapidated buildings. The streets are quiet. Motorised and pedestrian traffic practically non-existent. A-few-million-inhabitants metropolis seems deserted and it’s only around 9pm. A little hesitant we set off towards Shwedagon. An unbelievable amount of stairs leads us to the doorstep of the temple which enchants us immediately. The glow of countless candles. The overwhelming silence is only broken by the sounds coming from believers deep in prayer and monks’ mantras. The impressiveness of this golden, majestic structure, the space and atmosphere of this place is second to none of the places I’ve visited so far. The only thing I can think of is the Polish All Saints Day and the candles lighting up the cemeteries at night. Here the temperature is much higher. It’s getting late and tomorrow we’re coming back to see it by day.

The air is burning. Luckily the cool marble flooring that we’re move around on barefoot brings some relief. The majesty of Shwedagon in blinding, literally… In sunlight it’s impossible to look directly at this massive golden stupa. Today there’s more people and you can spot individual tourists. There is no comparison with the crowds you can see in other countries and popular places of worship around Asia. uncountable candles and plenty of images depicting Buddha, rich ornaments are breathtaking but also strongly contrasted by the poor reality of the city and meagre life of it’s inhabitants. We walk around the city, visiting parks well below standard and looking at other architectural landmarks. A place with four tables inspires some confidence for lunch. Incredible, unknown flavours of spices and very good service. Burma seems to unveil its charm.

Time to move on. An overnight travel ahead of us. Nearly 600 km to be covered in the next 12 hours. Luxury coach with airline-style seats, infotainment and stewardess seems like a very comfortable way to move around. Turbulence, turbulence everywhere, all the time. Are we traveling right on top of the wheel? Is the suspension completely broken? It turns out that not just the local streets but also the motorways are made by hand, with buckets of stones and barrels of tarmac, by local men and women. There is no chance whatsoever for a smooth ride or any sleep even in the most luxurious coach. All shaken up we  finally arrive at Nyaung Shwe, a town by the Inle lake, at 6am and we keep shaking. This time it’s the cold. We’re being welcomed by a massive temperature drop. What awaits us here? You’ll read all about it in the next post.

Comments

comment(s)