Siem Reap – Kambodża / Cambodia

Miękko lądujemy na lotnisku w Siem Reap w Kambodży. Wyjście z samolotu na płytę lotniska, to wielka przyjemność gdy czujesz jak otula Cię ciepło, a powietrze pachnie w ten specyficzny, tropikalny sposób. Wsiadamy w tuktuka i ruszamy do miejsca zakwaterowania. Po drodze mijamy setki dzieci i dorosłych, którzy wyszli nam na powitanie. Wesoło wymachują do nas i uśmiechają się na całej trasie przejazdu. To  prawdziwie królewskie powitanie, a my przecież to tylko zwykli plecakowi turyści 🙂  Nie każdy jednak jest tak witany w Kambodży. Tuż za naszym tuktukiem z lotniska jedzie król i tak po prawdzie, to jednak dla niego te rzesze wielbicieli na ulicach, które równie ochoczo zechciały przywitać mnie, blondynkę 🙂

Kambodża wita szczególnie i od razu skrada moje serce. W żadnym z miejsc, w których dotąd byłam nie ma tak ochoczo uśmiechających się i odwzajemniających uśmiech ludzi. Do tego wielka życzliwość i powszechność posługiwania się językiem angielskim zarówno wśród młodych jak i starszych.

Ruszamy zwiedzać, to co w Kambodży najważniejsze – świątynie Angkoru. Przeszło tysiąc lat historii i jej namacalność zaklęta w kamieniu robi niesamowite wrażenie. Całość położona jest na ogromnym obszarze, a odległości są znaczne. Pomiędzy świątyniami poruszamy się z Panem Phally’m, który odebrał nas z lotniska. Te najpopularniejsze świątynie nieco pozbawione są magii za sprawą swej popularności, która przyciąga tu turystów z całego świata. Gdy zbaczamy z trasy grupowych wycieczek i z murami możemy obcować sami, atmosfera się zmienia i staje się magiczna. Cisza i tysiąc lat historii okupionej cierpieniem budowniczych i przyszłych pokoleń toczących krwawe walki na tych terenach, wywołują jednocześnie zachwyt nad kunsztem budowniczych, artystów jak i współczucie nad ich ciężkim losem. Z otwartą szeroko buzią z zachwytu i z językiem na wierzchu z powodu upału, przez trzy dni zwiedzamy świątynie, wcale się przy tym nie nudząc, a wręcz mając nieustający niedosyt.

Jeden cały dzień spędzamy z dala od zabytków. Wioski, pola, rzeka i tereny zalewowe. Dzięki Panu Phalliemu docieramy tam gdzie nie widać białych twarzy. Możliwość obcowania z życiem miejscowych, jedzenia z nimi i przyglądania się jak pracują, to wielka gratka. Odwiedzamy także lokalną szkołę i prywatny dom naszego kierowcy. Znów spotyka mnie wielki przywilej!

Do kambodżańskich atrakcji należy dodać wspaniałe jedzenie, jakże wyraziste i charakterystyczne. Na Kambodżańskiej diecie ciężko trzymać dobrą linię gdy wszystko tak smakuje 🙂 Lokalny specjał jakim jest amok trafia na moje pierwsze miejsce azjatyckich dań, tym samym dorównując wietnamskiej bunchi, która także pozostaje faworytem.

Dni minęły zbyt szybko. Czas pożegnania z Kambodżą, ale z nadzieją na powrót na dłużej ,na podróż motocyklem przez ten niezwykły kraj. Mając doświadczenie w jeździe skuterem po Hanoi, już żadne drogi nie wydają mi się straszne, szczególnie uśmiechnięte drogi Kambodży.

Poniżej wielka galeria zdjęć (poczekajcie najpierw na załadowanie się wszystkich miniatur)


A soft landing at the Siem Reap airport in Cambodia. Getting out of the plane, feeling wrapped up by the warm air that has this peculiar, tropical scent. We get into a tuktuk and off we go to our accommodation. On our way, we pass hundreds of children and adults who came out to greet us. Smiling cheerfully, they wave to us along the entire way. It’s a royal greeting while we’re just some regular backpackers. Not everyone is that welcome in Cambodia. Just behind our tuktuk another transport is making its way from the airport – the king, whom all these people came out to see yet they are just as eager to wave at me – a blond.

Cambodia gets us a special welcome and instantly steals my heart. In none of the places I’ve visited so far have I seen people so eager to smile and smile back. Add to that a great kindness and how common the use of English is among the young and the old.

We start exploring Cambodia’s most important place – Temples of Angkor. Over a thousand years of tangible history encapsulated in stone is an extraordinary experience. It’s covers a massive area and the distances are massive. We get around the place with Mr. Phally who picked us up from the airport. The most popular temples are slightly less magical due to their popularity, luring in tons of tourists from around the world. Once we’re off the beaten track of the biggest tours we can spend some alone time with the walls, and the magic comes back. Silence and a thousand years of history ransomed with the suffering of the builders and following generations, fighting their battles in these areas fill us with admiration of the craftsmanship and sympathy for their fate. With my jaw dropped all the way to the ground and dying of the heat we tour the temples for three days without as much as a hint of boredom, quite the opposite – still hungry for more.

We spend one day away from the monuments. Villages, fields, river and flood areas. Thanks to Mr. Phally we get to places where you can’t see any white faces. Being able to mix with the natives, try their food, see them work is a great experience. We visit a local school and our driver’s house. Another great privilege.One of the attractions of Cambodia is the delicious food, so distinct, so special. It’s hard to be good with your diet while everything is so fantastic J A local delicacy called amok gets straight to the top of my Asian food chart, tied with the Vietnamese buncha – the defending champion.

The days went by quickly. Time to say goodbye to Cambodia, a goodbye full of hope for a quick return for longer, a tour across this amazing country on a motorbike. Having experienced the daily moped-powered commute in Hanoi no roads terrify me anymore, especially ones with so many smiles along the way.

 

Comments

comment(s)