Tajlandia

Tajlandia / Thailand

Mieliśmy mieszane uczucia do Tajlandii, która na podstawie lektury i opinii znajomych, w naszych oczach była nazbyt popularna i komercyjna. Trzeba jednak kiedyś to wyobrażenie zweryfikować na własnej skórze. Lecimy! Na pierwszy rzut Bangkok, w którym spędzamy kilka dni. Do brudu wkoło już przywykliśmy. Bangkok pod tym względem nie zaskakuje. Atmosferę wiecznie trwających wakacji daje się odczuć od razu. To miasto przelotowe na wielu azjatyckich trasach i wiele osób niezależnie od pory roku robi tu sobie stopover na trasie podróży. Tak, wakacje mogą trwać wiecznie! Jest tanio, nawet bardzo. Można tu przyjechać bez bagażu i za grosze ubrać się, zjeść i mieszkać. Jedzenie na ulicy jest pyszne, dostępne na każdym kroku. Moc niezliczonych zabytków orientu zachwyca. Mieszkańcy Bangkoku są jednak zepsuci wiecznym sezonem, nie zawsze mili, a często wręcz nieuprzejmi. Czym dalej od Bangkoku tym więcej uśmiechów. Wycieczki jednodniowe to prawdziwa gratka. Jazda na słoniach, rejs na targu wodnym i wspaniała podróż pociągiem pełnym miejscowych, to niezapomniane przeżycia. Każdy dzień wieńczymy masażem stóp trwającym godzinę i kosztującym około 15 PLN.

Lecimy dalej. Kurs na Krabi i maleńką miejscowość Aonang. Mieszkamy w domku, wśród zieleni i z niewielkim basenem. Właścicielami są Włosi, a oprócz nas w obiekcie jest jeszcze kilka osób. Do plaży 100 metrów. Spacerujemy i odpoczywamy. Przyjechaliśmy po sezonie. Turystów jest niewielu i o to chodziło. Od razu trafiamy na idealne miejsce do jedzenia. Szybko zaprzyjaźniamy się z właścicielami mogąc liczyć na specjalne traktowanie i większe porcje. Jedzenie jak u mamy. I tak też ochrzciliśmy Tieng i You, do których zwracamy się per mamo i tato. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że ich serdeczność jest bezwzględna 🙂 Przy lodówce z alkoholem spotykają się Polacy 🙂 Tak poznaliśmy Kasię i Kociusia, Basię i Dominika. Wieczór, stoimy na chodniku i planujemy wspólne spotkanie. Dookoła ciemność, wszędobylskie zaniedbane psy i koty. Mały szarak czai się w ciemności, błyszczą mu się tylko oczy. Ruszamy! Tak zaczęła się nasza przygoda ze wścieklizną. Kot skoczył mi na stopę, ugryzł a ja kopnęłam go tak, że wbił się w nogę Tomka. W dezynfekcji pomagają nam tajscy rodzice, gotowi podstawić samochód i zawieść nas do szpitala. Po konsultacjach telefonicznych z lekarzami w Polsce poprzestajemy na pierwszej pomocy i alkoholu na koszt naszych opiekuńczych tajskich rodziców. Dni mijają leniwie. Spotykamy się z naszymi nowymi znajomymi, plażujemy i pływamy na rejsy po okolicznych rajskich wyspach. Wracamy do domu przez Kuala Lumpur 🙂

Po powrocie wpadamy w pęd życia. W nocy budzi mnie odrętwienie ugryzionej stopy. To pewnie tylko moja psychika. Odrętwienie powraca. Jeszcze nic nie mówię Tomkowi, który w tym czasie ma podobne odczucia. Czytamy, obawy rosną, a wraz z nimi nasze prawdziwe czy też wyimaginowne objawy. Zapada decyzja o szczepieniu przeciw wściekliźnie. Żaden z lekarzy nie wie gdzie nas skierować. Informacja telefoniczna kieruje do różnych szpitali gdzie zostajemy odesłani z zaleceniem zażywania witaminy B, z powodu braków objawów wścieklizny. Nadmienię, iż objawy mogą się pojawić po pół roku, a wtedy pozostaje około dwa tygodnie życia. Po dwóch tygodniach stresu trafiamy ze źle wypisanymi skierowaniami na oddział zakaźny w Szczecinie. Dopiero tam przejęto się naszą sytuacją i potraktowano pierwszą podwójna dawką szczepienia. W końcu możemy spać spokojnie i zacząć cieszyć się minionymi wakacjami. Przed nami kolejne miesiące nauki i pracy. Do Bangkoku wracamy jeszcze później zabierając rodziców Tomka na podróż do Azji. W centrum miasta widzimy jak na ulicy wielki szczur gryzie w nogę jedną z turystek. Do Tajlandii wrócimy, ale zawsze patrząc pod nogi. 

Dziś jestem po dawce kolejnych szczepień. Tym razem zapobiegawczo na wyjazd do Wietnamu. Dur brzuszny, WZW A i japońskie zapalenie mózgu. Drogie szczepienia, nie obowiązkowe, ale wolę zapłacić za swoje poczucie bezpieczeństwa. Procedura szczepień w Polsce, to niestety trudna droga do pokonania, niezależnie od kwot jakie za nie się płaci.


We had some really mixed feelings about Thailand. Based on our research and friends’ opinions it seemed very popular and commercialised. We had to, however verify those feelings ourselves. Let’s go. We start off in Bangkok, where we spend a few days. We got used to the filth quite quickly – no surprises there. The atmosphere of everlasting vacation is overwhelming. It’s a stop-over city for a lot of Asian flight routes so a lot of people stays here for some time regardless of the time of the year. Yes, vacation can be forever! It’s really cheap here. You can come with no luggage and buy clothes, food and find accommodation anywhere. The street food is delicious and you can find it everywhere. Plenty of delightful oriental history. Unfortunately the people of Bangkok are spoilt with the never-ending season, not always very pleasant and sometimes outright rude. The further away from the city the more smiles. The one-day excursions are a real treat. Riding elephants, paddling through the floating market and a beautiful trip on a train filled with local people are just a few of the truly memorable moments of our visit. Each day ends for us with an hour-long foot massage costing about 4 USD.

We carry on. Destination – Krabi and a little place called Aonang. We’re staying in a small house surrounded by everything that’s green, with a small swimming pool. The owners are Italian and apart from us the house is occupied by a few other people. 100m away from the beach. We just go on loads of walks, doing nothing at all. We arrive off-peak so there’s less tourists which was the point. We find a great place to eat and make friends with the owners which gets us special treatment and larger portions. Truly home-made food so we christened Tieng and You mum and dad. We didn’t know it then but their kindness was unconditional. By the alcohol fridge we meet some other Polish people. That’s how we met Kasia, Kocius, Basia and Dominik. It’s dark, we’re standing on the pavement, planning a meeting. Surrounded by the darkness and stray dogs and cats. A little grey cat is lurking in the dark. Just two shimmering circles in complete darkness. We set off. That’s how the adventure with rabies started for us. The cat jumped on my foot and bit it. I kicked it off and it landed on Tom’s leg. Our Thai parents help us disinfect it and offer to get a car to get us to the hospital. After phone consultations with Polish doctors we decided to keep it down to just the first aid and some alcohol (on the house). The days go by in blissful laziness. We meet our new friends, spend time on the beach and visit local islands. We return home (via Kuala Lumpur).

We through ourselves back into the everyday life. I wake up in the middle of the night with a numb foot. The bitten one. I keep thinking it’s just my mind playing tricks on me. The numbness comes back. I’m still not telling Tom anything. He’s actually having the same symptoms. We start reading up on it and our worries become greater and greater – just like our real or imaginary symptoms. We decide to get a rabies vaccine. None of the doctors knows where to direct us. A helpline directs us to different hospitals where all we get is advice to get more vitamin B as there’s no symptoms. Let me point out that the symptoms might not present themselves for up to 6 months and then all we get is about 2 weeks to live. After 2 stressful weeks we end up in the infectious disease ward in Szczecin with incorrect referrals. Only then it seems like a good cause to worry and a double dose of the vaccine is administered. Finally we can sleep and start enjoying our memories. Time to study and work again. We go back to Bangkok once again a little later taking Tom’s parents for a trip through Asia. In the city centre we see a massive rat biting a tourist. We might go back to Thailand but watching every step and vaccinated.

Today I’ve had another batch of my vaccinations. This time it’s preventative – before going to Vietnam. Typhoid, Hepatitis A and Japanese encephalitis. These are expensive, non-mandatory vaccines but I’d rather pay extra for the sense of security. Getting the vaccines in Poland is not easy, regardless of how much you’re paying for them.

Comments

comment(s)