Bali, Indonesia

Bali

Pierwszy dzień na Bali był dla mnie przerażający. Przed wyjazdem wiedzieliśmy, że bez skutera ani rusz, mimo to na plaże wyruszyliśmy na pieszo. Sprawdziliśmy na mapie, że plaża od naszego hotelu w linii prostej to jakieś 200 m, ale drogi na Bali nie są wcale takie proste. Aby dojść do plaży trzeba było przejść około 1 km. I tak oto zaczął się dzień pełen przygód. W drodze na plażę Tomek o mało nie zostawił swojego palca u stopy na krawężniku, bo są takie wysokie. Po kilku godzinach leżenia na plaży przyszła straszna ulewa z burzą, siedzieliśmy przytuleni na leżaku pod parasolem. Przecież ten parasol miał nas ochraniać przed słońcem! Gdy w końcu po godzinie deszcz trochę złagodniał, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Okazało się, że jest to nie lada wyzwanie. Przy tylu zakrętach bardzo łatwo się zgubić, co też się stało. Gdy dzień dobiegał końca zdobyliśmy odrobinę odwagi i wsiedliśmy na skuter. Ruszyliśmy w poszukiwaniu jedzenia! Lewostronny ruch i setki skuterów. Skręt w prawo był dla nas niemalże jak sztuczki z filmów Jamesa Bonda. Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce, nogi miałam jak z waty. Przerażona i zła stwierdziłam, że nigdy więcej nie wsiądę na skuter, że przyjazd na Bali nie był najlepszym pomysłem. Kolejnego dnia, kiedy Tomek okiełznał naszą różową Hondę Scoopy i zaczęliśmy poznawać wyspę, to Bali szybko zyskało na urodzie i czułam się tu coraz lepiej.

Przy każdym domostwie widoczne są małe i duże świątynie. Na każdej ulicy czy w sklepiku można zobaczyć złożone bogom ofiary. Balijczycy obchodzą swoje liczne święta i wyznają hinduizm w piękny, pełen radości, ale i pokory sposób. Przy pierwszej wyprawie na Bali miałam szczęście uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu jakim jest parada „Ogoh Ogoh”. Wieczorem tłumy ludzi wychodzą w procesjach na ulice, wykrzykują, tańczą i niosą bajecznie wykonane, ogromne demony, które przypominają często postaci ze współczesnego świata. Misterna praca, która trwała miesiące, tej nocy zostaje spalona jako symbol samooczyszczenia. Kolejnego dnia cała wyspa, bez pominięcia żadnego miejsca, nawet lotniska, jest zamknięta, a na ulicy zamiast setek pędzących skuterów zobaczyć można jedynie błąkające się zwierzęta. Wszyscy mieszkańcy pogrążeni są w ciszy, modlitwie i własnych myślach. To święto Nyepi.

Bali choć ubogie, jest  bardzo bogatą wyspą,  w ludzi, wiarę a także naturę. Krajobrazy są tu przepiękne i niezwykle zielone. Jest tu mnóstwo owoców, o których wcześniej nawet nie słyszałam.  Z tych dziwniejszych jakie poznałam to durian, którego sam zapach jest odrażający, jackfruit – największy owoc jaki kiedykolwiek widziałam i mogłam sobie wyobrazić i moje ulubione mangostany. Pychotka!

Ludzie na Bali są wspaniali, bardzo mili, zawsze uśmiechnięci oraz pomocni. Bali jest dla mnie szczególnym miejscem, nie tylko dlatego, że gdy odwrócimy indonezyjską flagę, to ta staje się polską flagą. Przede wszystkim dlatego, że z taką życzliwością jak tu nigdzie i nigdy się nie spotkałam. Dlatego, że pomoc jest tu zawsze bezinteresowna. Dlatego, że pomimo wielu turystów tradycja i rodzina nadal są najważniejsze. Gdy po dwóch latach wróciłam na targ z owocami, Pani u której kupowałam owoce witała się ze mną serdecznie i pamiętała, które z owoców są moimi ulubionymi. Tu podczas zwykłej rozmowy łatwo nawiązuje się trwałe znajomości i przyjaźnie.

Przy pierwszej podróży na Bali poznaliśmy naszą nową rodzinę, dzięki której wyspa, już nie z punktu widzenia turysty, ukazała nam swoje niezwykłe oblicze. Balijski dom, w nim dzieci, domowa kuchnia i żywa tradycja. Imiona Inyok, Ayu, Ega i Bagus zawsze będą wywoływały ciepło w moim sercu.

Jestem pewna, że moja przygoda z Bali nie skończy się na dwóch odwiedzinach.


First day in Bali was terrifying. Before we left we knew that you can’t get round without a moped yet still we decided to walk to the beach. Checking the map we were convinced that the 200m in a straight line is all that separates us from the sand but we soon found that the Bali roads are not that simple. To get to the beach we walked over 1km. That’s how the day started. On our way to the beach Tom nearly left his little toe on a curb (they are really tall). After a few hours of blissful laziness on the beach a massive storm came to visit. The parasol suddenly became an umbrella. Once, after an hour, the rain stopped we decided to get back. It turned out to be quite a challenge. It’s so easy to get lost when the road constantly twists and turns. The day was nearly over when we decided to man up and get a moped. We set of in a hunt for food. Driving on the wrong side of the road and avoiding contact with hundreds of other mopeds was not our forte. Turning right was like a stunt straight from a Bond film. When we finally reached our destination I felt weak at the knees. Terrified and angry I decided never to ride a scooter again and thought that visiting Bali was a bad idea. The following day, once Tom finally tamed our pink Honda Scoopy and we started exploring the island Bali have started to grow on me and I started feeling much better.

Next to nearly every household you can see sanctuaries, large and small. In every street or shop you can see sacrifices for the gods. Balinese people celebrate numerous holidays and follow the Hindu religion in a beautiful and joyful way yet with a large dose of humility. During our first excursion we were lucky to take part in a special event – the “Ogoh Ogoh” parade. In the evening a large crowd walk the streets in processions, shouting, dancing and carrying beautifully made, huge demons, resembling contemporary figures. Intricate work of art, created over months will be burnt that night as a symbol of self-purification.

The next day the whole island without exception (even for the airport) is closed. The streets are no longer full of mopeds and the only moving objects are animals. All residents are immersed in silence, prayer and their own thoughts. This is the day of Nyepi. Bali might seem like a poor place but in reality its richness is in the people, the faith and nature. The landscapes are stunning and exceptionally green. There is plenty of fruit I’ve never even heard of. Some of the weirdest ones are durian – even its smell is repulsive, jackfruit – the largest fruit I’ve ever seen or imagined and my favourite mangostans – delicious.

The people of Bali are amazing, very nice and always happily helpful. That place is a very special one for me not just because when you turn the Indonesian flag upside down it becomes the Polish flag. Most of all it’s because I’ve never come across such a massive amount of kindness. Because the help is selfless. Because despite the amount of tourism the traditions and family are still most important. When, after two years, I went back to the market the lady I bought fruit from welcomed me kindly and remembered my favourite fruit. Here even a simple conversation leads to acquaintance and then friendship.

During our first visit we met our new family. Thanks to them the island appeared to us from a completely different perspective. The Bali home with children, home-cooked meals and tradition. The names Inyok, Ayu, Ega and Bagus will always bring in this warm, fuzzy feeling.

 

I’m certain that my Bali adventure won’t end with just two visits.


Comments

comment(s)