Blue Dream

Below you can big photo gallery  (wait for all thumbnails to load)
Poniżej polska wersjaduża galeria zdjęć  (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)

I was maybe 10 or 11 when in a magazine my mom subscribed to I’ve spotted an article about a blue city. I was amazed by the photos I’ve seen. Since then I’ve visited many beautiful places but the intensity of that colour from the pictures I’ve remembered for all these years have never faded.

Our decision to visit Morocco came quite spontaneously. We arrive in Fez quite late (read about Fez). Quick dinner and off to bed cause we have an early start planned.

We get on a bus and set off. In just half an hour the city skyline is covered by olive fields. We can see the fields and meadows waving outside the window with sheep and goats everywhere. Quite often we pass someone riding a donkey which, although I was raised in the countryside, is quite an unusual but delightful sight. It’s actually the first time I’ve come across these animals. Half way through the journey the driver makes a stop to take a rest. The one-man car park fast-food stall serves the travellers traditional Moroccan pancakes. Time for a taste. Although they seem to have the same shape as the ones I’m used to they taste completely different. The batter is slightly salty, a little crunchy and quite greasy but filled with honey. They are 4 dirhams each (around 0.35 Euro). 4 hours of admiring the view through the windows of a moving bus passes quickly, at least for me, as I slept through most of it.

3 steps to get off the bus and my blue dream, one I’ve carried in my heart for fifteen years truly comes true – we’re in Chefchaouen! We leave our bags in our blue riad (local guest house) and drown in the sea of little blue streets. This colour is everywhere, on everything. The buildings shimmer in indigo, ultramarine and azure like a lagoon in full sunlight. We don’t know where to look or what to photograph and a smile does not come off my face.

We get lost and found all the time. It’s hard to resist turning into every little street, wondering where will the next sky-blue alley take us. On the edge of a town on a hill we stop by a small waterfall. We enjoy a freshly squeezed orange juice so sweet that none other will ever do. After the refreshing moment we start our march towards the nearby hill with a view of the entire town. More and more people show up to see the sunset but we feel like our bellies are trying to talk in their own language. We get back to the blue trail and stop at a cosy restaurant. After 20 minutes the waiter brings clay pots with the Moroccan specialty called “Tajine of Kefta” still cooking. The scent sharpens the appetite and we just can’t wait any longer. We burn our tongues with small bits of meat. It’s delicious! The plates get empty leaving us in blissful satisfaction. There’s still, as it turns out, some space for Cornes de gazele which ends a brilliant day.

Before sunrise we go for a morning walk. The town is still asleep and the narrow streets are completely empty. We’re all by ourselves. All the stalls are still closed which allows us to get to know the blue labyrinth. We notice things that escaped us the day before and those that will be obscured by the traders selling blue products. The sun starts to send its still faint light towards us and gently lights up the walls. We welcome the day with a snack – a corn pancake with honey sold at a small square by an old lady.

After three hours of this wonderful walk we get back to our riad for the proper breakfast. Our host set the table with delicacies for 4 or 5 people. We eat nearly all of it. It’s the third day in Morocco and we’re still not feeling hungry – everything so delicious. We start appreciating the fact that we’re here only for a few days – a few more and we would definitely be bringing back excess baggage in our own weight.

The time flies and we have to head back to the bus station. What a coincidence – I spot Monica, my flatmate, on the other side of the street. She’s travelling around Morocco with a group of friends. Chefchaouen is a source of incredible happiness. We enjoy this brief encounter.

Finally reaching the bus station we are told that the bus we bought the tickets for the day before will not go anywhere. Queuing up forever we wait only to be told that the next bus scheduled to leave shortly is now full. The next one is in 2.5h. We get back to Chefchaouen in a taxi. We can’t reach Monica because her phone does not work here but as impossible as it sounds we do find each other in the blue labyrinth. We have lunch with her and her travel companions and set off on our second return journey of the day. This time we leave on schedule and arrive in Fez just before sunset.

Blue dream of childhood years fulfilled in a multitude of hues. The dream of Chefchaouen.

We only spent five days in Morocco. There was no way we could have really get to know or see this country. We have still really tried to try as many Moroccan delicacies and had a chance to admire the life of two spectacular cities. That’s thanks to Amine, whom I’ve met in Szczecin 5 years ago, who originally comes from Morocco. Through these years we’ve only met 3 times but keep in touch and different continents and cultures make no difference to our sublime sense of humour. Amine helped us to organise the bus tickets which meant we made it to Chefchaouen on time (as opposed to our way back where we took this duty upon ourselves). He also provided a list of Moroccan dishes to try which we have duly expanded. He was our indispensable travel advisor. Amine, shukraan!

 


Miałam 10, może 11 lat, gdy w magazynie prenumerowanym przez moją mamę pojawił się artykuł o niebieskim mieście. Byłam zachwycona zdjęciami, które zobaczyłam. Od tamtej pory odwiedziłam wiele pięknych miejscach, ale intensywność koloru zapamiętanych przeze mnie obrazków z dzieciństwa w mojej głowie nigdy nie wyblakła.

Decyzję o wyjeździe do Maroko podejmujemy bardzo spontanicznie. Do Fes przylatujemy późno (czytaj post o Fes). Szybka kolacja i czas na sen bo czeka nas wczesna pobudka.

Wsiadamy w poranny autobus i ruszamy w trasę. Po pół godziny miejski krajobraz zostaje przesłonięty przez pola oliwkowe. Za oknem, na falujących łąkach porośniętych bujną zielenią i usłanych kwiatami, pasą się owce i kozy. Wzdłuż drogi co rusz mijamy kogoś jadącego lub przewożącego coś na osiołku. Choć wychowałam się na wsi, to widok tych zwierząt nie jest dla mnie codziennością i nieustannie mnie zachwyca, a osiołki spotykam po raz pierwszy w życiu. W połowie drogi nasz kierowca robi postój. Czas na kolejną degustację! Parkingowy, jednoosobowy fast-food serwuje podróżnym marokańskie naleśniki. Choć kształtem przypominają nasze, to w smaku są zupełnie inne. Ciasto jest lekko słonawe, trochę chrupkie i trochę tłuste, a wypełnione miodem. Za jedną sztukę płacimy 4 dirhamy (około 1,5 zł). Cztery godziny podziwiania krajobrazów przez szybę autobusu mijają szybko, przynajmniej mi, bo połowę z tego czasu przespałam.

Trzy stopnie na wyjściu z autobusu i spełniam, moje noszone piętnaście lat, niebieskie marzenie – jesteśmy w Szafszawan (Chefchaouen)! W naszym niebieskim riadzie (lokalny dom gościnny) zostawiamy plecaki i zatapiamy się w morzu wąskich uliczek. Niebiesko jest wszędzie i wszystko jest niebieskie! Budynki mienią się odcieniami indygo, ultramaryny i błękitu, niczym morska laguna w słonecznym świetle. Nie wiem gdzie patrzeć i co fotografować, a mimowolny uśmiech nie schodzi mi z twarzy.

Błądzimy i znów odnajdujemy drogę. Nie sposób oprzeć się każdemu zakrętowi, i ciekawości w jakie miejsce zaprowadzi nas kolejna chabrowa alejka. Na skraju położonej wśród wzgórz miejscowości zatrzymujemy się nad niewielkim wodospadem. Raczymy się sokiem świeżo wyciskanym z pomarańczy, którego niezwykła słodycz sprawia, że żaden inny nie będzie już tak pyszny. Po orzeźwiającym relaksie ruszamy w stronę pobliskiego wzgórza, z którego rozpościera się bajeczny widok na całe miasto . Przybywa ludzi wyczekujących na zachód słońca, ale nami zawładnęło burczenie w brzuchach! Wracamy na niebieski szlak i zatrzymujemy się w przytulnej restauracji. Po 20 minutach kelner przynosi gliniane naczynia, w których wciąż gotuje się marokański specjał „Tajine of Kefta”. Woń wzmaga apetyt i nie chcemy dłużej czekać, małymi kęsami parzymy sobie języki. Jest pysznie! Na talerzach pusto, a na twarzach uśmiech błogiego zadowolenia. Jest jednak jeszcze miejsce na deser „Cornes de gazele”, którym wieńczymy ten piękny dzień.

Jeszcze przed wschodem słońca ruszamy na poranny spacer. Miasteczko nadal śpi, a wąskie uliczki są całkowicie puste. Jesteśmy całkiem sami. Wszystkie stragany nadal są zamknięte dzięki czemu na nowo poznajemy ten niebieski labirynt. Zauważamy rzeczy, których nie widzieliśmy dzień wcześniej i które za parę godzin przesłonią handlarze sprzedający niebieskie towary. Słońce nieśmiało wychyla się za wzgórz i delikatnie zaczyna rozświetlać mury. Witamy dzień poranną przekąską w postaci placka kukurydzianego z miodem sprzedawanego na niewielkim placu przez starszą panią. Po trzech godzinach tego cudownego spaceru wracamy do naszego riadu na właściwe śniadanie. Nasz gospodarz zastawia stół smakołykami jak dla 4-5 osób. Zjadamy prawie wszystko! To trzeci dzień w Maroko, a my wciąż nie czujemy głodu, jest tak pysznie. Dobrze, że jesteśmy tu tylko na kilka dni, bo zostając dłużej mielibyśmy spory nadbagaż wagi własnej.

Czas mija szybko i musimy wracać na dworzec autobusy. Co za zbieg okoliczności! Po drugiej stronie drogi widzę Monicę, moją współlokatorkę, która z grupą wyruszyła na podróż po Maroko. Szafszawan to nieskończone źródło radości! Choć przez krótką chwilę cieszymy się tym niezwykłym spotkaniem.

Docieramy na dworzec by dowiedzieć się, że nasz autobus, na który bilety kupiliśmy dzień wcześniej, nie pojedzie. Stoimy w długiej kolejce by dowiedzieć się, że na kolejny autobus, który odjeżdża niebawem nie ma już miejsc. Następny autobus mamy za 2,5 godziny. Taksówką wracamy do centrum Szafszawan. Nie mamy kontaktu z Monicą bo jej telefon tu nie działa. Choć jednak wydaje się to niemal niemożliwe, odnajdujemy się ponownie w tym niebieskim labiryncie. Wraz z nią i z jej towarzyszami podróży zjadamy pyszny lunch i ruszamy po raz kolejny w drogę powrotną. Ruszamy zgodnie z rozkładem, a Fes witamy przed zachodem słońca.

Niebieskie dziecka marzenie, mnogością odcieni dorosłe spełnienie. Sen o Szafszawan.

W Maroko spędziliśmy tylko pięć dni. Niewiele by powiedzieć, że zobaczyliśmy i poznaliśmy ten piękny kraj. Mimo to spróbowaliśmy mnóstwo marokańskich przysmaków i bez pośpiechu podziwialiśmy życie dwóch wyjątkowych miast. Przyczynił się do tego Amine, którego 5 lat temu poznałam w Szczecinie, a który jest z Maroko. Przez te lata widzieliśmy się tylko trzy razy, ale utrzymujemy stały kontakt, a różnica kontynentów i kultur w niczym nie różni naszego wysublimowanego poczucia humoru. Amine pomógł nam w organizacji biletów autobusowych dzięki czemu do Szafszawan dotarliśmy na czas, a nie jak w drodze powrotnej gdy organizacją biletów zajęliśmy się sami 😉 Przygotował dla nas także listę marokańskich dań wartych spróbowania, którą z łakomstwa poszerzyliśmy także o inne. Był nieocenionym doradcą w podróży. Amine, shukraan!

Comments

comment(s)