Fes, Morocco - SOTW

Fes, Morocco

Below you can big photo gallery  (wait for all thumbnails to load)
Poniżej polska wersjaduża galeria zdjęć  (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)

The long awaited (and dreamed of) trip to Morocco is about to start. After just an hour on the aeroplane from Seville we touch down in Fes. Africa welcomes us with cold and rain. At the same time the May holidays in Poland seem to have truly African temperatures, although due to the recent weather anomalies this might not be as accurate. The queue to the boarder control appears to have no end and does not move very quickly. We spent nearly two hours waiting for our turn, which is more than anywhere else I have ever been forced to wait. I hope it’s worth it. Finally we get into a taxi and set off to Medina (the old town), heading for our Riad – a traditional, private guest house in Morocco. Through narrow streets, between incredibly old and slightly worse for wear buildings we arrive at the front door of our lodgings. From the outside it all looks rather unspectacular and might be a little reason to worry about quality of the interior. We couldn’t be any more wrong. Our riad is breathtaking right from the front door. Rich ornamental work and architecture straight from a fairy tale. Drinking a strong mint tea we get some advise from our receptionist and off we go to a place nearby to try the local delicacies. Thanks to our new local acquaintance we have a whole list of regional treats to try. It’s aromatic and delicious.

The next two days are spent in Chefchaouen but that’s a story for a separate post. For now we go back to Fes.

At one of the local market stalls strawberries tempt us with their aroma and intense redness. The strawberry season is quite some time away in Poland. They aren’t unfortunately as sweet as our long-ripen fruit. The lack of sweetness is quickly replenished by local sweets. The long bus trip puts us out of action quite quickly so we’re off to bed early.

The next day we get up early, enjoy a delicious breakfast and set off to take a good look around Fes. We’re very used to walking around on our own, at our own pace. But we also know that the narrow streets of Medina are easy to get mixed up so to save time on getting lost we decided to get a private guide so we can experience the most of it in our relatively short stay. Our choice turns out to be the perfect one. With absolutely and in nice, friendly atmosphere we start to walk around the Palace, through a park and among the streets of Medina. Our guide’s guiding skills are top notch and he tells wonderful stories. What’s even more important is that we don’t just go to the main, well travelled places but visit small manufactures, take in the views of the town from a hill, taste bread straight from an oven that is also used to heat water in a hammam (traditional steam baths). Moroccan bread is delicious.

We have, of course visited the worlds most famous leather tannery. To get to a viewing spot from where we can see the entire process we must make our way through a never-ending store with leather goods. Incredible colours, cuts, styles and options for accessories and clothes. I’d love to take so many things from here but we’re limited by our luggage allowance as well as budget (the prices of leather

Before we’re allowed to step onto the viewing terrace the staff provide us with some mint to mask the smell of ammonia, used in abundance in the production of leather goods. We were lucky to have made it there on a relatively cool day as the heat apparently intensifies these unpleasant smells. After nearly 7 hours spent with our guide grab a coffee together and continue the trip, by ourselves, aiming for a tasting of Moroccan delicacies and local bear which captivates with it’ real bitterness and rare taste. On our way back to riad we walk across a small square where we get some cottage cheese which I was missing so much and was unable to find anywhere in Spain. The supper supplies also include fresh bread, delicious tomatoes and the obligatory pomegranate yogurt. All that costs us just 20 dirhams (around PLN 8). At our riad we get some butter, which we have clearly forgotten about and a treat – mint and cake.

The next day we wake up early again, have a quick breakfast and a morning walk around empty streets of Medina which without the ever present stalls looks very different. Here the day starts quite lazily. It’s time to go back to Seville. We’re amazed by Morocco. Beautiful scenery and incredible architecture, delicious and original food. And the orange juice! pure sweetness of the freshly pressed fruit has taken the first spot after dethroning my previous favourite juice I tried in Kuala Lumpur. Morocco for me will forever have the colours of blue and orange, shining just like a sapphire.


Moja wymarzona i długo wyczekiwana podróż do Maroko właśnie się zaczyna. Po zaledwie godzinnym locie z Sewilli lądujemy w Fez. Afryka wita nas chłodem i deszczem. W tym czasie majówka w Polsce, to iście afrykańskie upały. Choć określenie afrykańskie wobec ostatnich anomalii pogodowych może być tu nietrafne. Kolejka do kontroli paszportowej ciągnie się bez końca. Spędzamy w niej dwie godziny. To więcej niż gdziekolwiek do tej pory przyszło mi czekać. Oby było warto! W końcu wsiadamy do taksówki i ruszamy do Mediny (starej dzielnicy miasta), gdzie znajduje się nasz Riad – tradycyjny, kameralny dom gościnny w Maroko. Przez wąskie uliczki, wśród niezwykle starych i podniszczonych budynków docieramy do drzwi naszego zakwaterowania. Z zewnątrz wszystko wygląda niepozornie i raczej może budzić obawy co do jakości wnętrza. Nic bardziej mylącego. Nasz riad zachwyca od samego progu. Bogato zdobione wnętrza i bajkowa architektura. Mamy tu wszystko co podziwialiśmy w Alhambrze, tylko, że zagęszczone na znacznie mniejszej przestrzeni. Wypijamy intensywnie parzoną miętę i za poradą naszego recepcjonisty ruszamy do pobliskiego lokalu próbować pierwszych marokańskich smaków. Dzięki mojemu marokańskiego znajomemu mamy przygotowaną całą listę lokalnych smakołyków, które powinniśmy spróbować. Jest aromatycznie i pysznie.

Kolejne dwa dni spędzamy w Chefchaouen, o czym będzie w osobnym poście. Teraz ponownie wracamy do Fez.

Na jednym ze straganów truskawki kuszą nas swym aromatem i intensywnym kolorem. Na sezon truskawkowy w Polsce jeszcze trochę musimy poczekać. Nie ma w nich jednak tyle słodyczy co w naszych długo-dojrzewających owocach. Niedobór cukru uzupełniamy lokalnymi słodkościami i zmęczeni długą podróżą autobusem kładziemy się wcześnie spać.

Kolejnego dnia wczesna pobudka, pyszne śniadanie i ruszamy na zwiedzania Fez! Przywykliśmy do samodzielnych podróży i zwiedzania na własną rękę, we własnym tempie. Wiemy jednak, że wśród uliczek Mediny łatwo się zgubić, a nasz pobyt w Maroko jest stosunkowo krótki. Nie mamy więc czasu na pomyłki i błądzenie. Decydujemy się na prywatnego przewodnika, co okazuje się doskonałą decyzją. Bez najmniejszego pośpiechu, w miłej atmosferze rozpoczynamy spacer od Pałacu Królewskiego, poprzez park po wijące się ulice Mediny. Nasz przewodnik opowiada niezwykle ciekawie. Co dla nas najważniejsze – zaglądamy nie tylko w miejsca typowo turystyczne, ale odwiedzamy także maleńkie manufaktury, spoglądamy na stare miasto z góry, raczymy się chlebem prosto z pieca, który służy także do podgrzewania wody w hammam’ie (tradycyjna łaźnia parowa). Marokańskie pieczywo jest przepyszne!

Oczywiście odwiedzamy także najsłynniejszą na świecie garbarnię skór. Aby dostać się do punktu widokowego, skąd widać cały proces produkcji i farbowania, musimy przedrzeć się przez niekończący się sklep z produktami ze skóry. Niezwykłe kolory i kroje wszelkich elementów garderoby i akcesoriów. Chciałoby się tyle rzeczy stąd zabrać, ale ogranicza nas nie tylko bagaż, ale i fundusze. Ceny artykułów skórzanych w tych typowo turystycznych miejscach są często kilkukrotnie wyższe.

Przed wyjściem na taras widokowy obsługa wręcza nam gałązki z miętą, aby ta trzymana przy nosie przyćmiła charakterystyczny zapach amoniaku, towarzyszący produkcji skór. Mieliśmy szczęście, że tego dnia nie było gorąco, bo ciepło ponoć wielokrotnie intensyfikuje te niezbyt przyjemne doznania zapachowe. Po blisko 7 godzinach spędzonych z przewodnikiem wypijamy wspólną kawę i już samodzielnie ruszamy po marokańskie pyszności i na degustację lokalnego piwa, która urzeka nas wyraźną goryczką i szlachetnym smakiem. W drodze powrotnej do riadu przechodzimy przez rynek gdzie kupujemy twaróg, którego tak mi brakowało, a nie znalazłam go nigdzie w Hiszpanii. Zestaw na kolację, to także świeże pieczywo, przepyszne pomidory i obowiązkowy jogurt z granatów. Za wszystkie te pyszności płacimy około 20 dirhamów (około 8 PLN). W naszym riadzie dostajemy masło, którego kupić zapomnieliśmy i poczęstunek w postaci intensywnego naparu z mięty i ciasta.

Kolejnego dnia wczesna pobudka, szybkie śniadanie i poranny spacer po pustych jeszcze ulicach Mediny, która bez otwartych straganów wyglądała zupełnie inaczej. Tu dzień zaczyna się dość leniwie. Czas wracać do Sewilli. Jesteśmy oczarowani Marokiem. Piękne krajobrazy i niezwykła architektura, pyszne i oryginalne jedzenie, a sok pomarańczowy! Sama słodycz świeżych owoców wyciśniętych do szklanki, pobiła nawet smak, mojego dotychczas ulubionego soku w Kuala Lumpur. Maroko ma dla mnie barwy niebieską i pomarańczową, błyszczy się dumnie niczym szafir.

Comments

comment(s)