Tajpej, Tajwan

Tajpej / Taipei

Below you can find english version, huge photo gallery and video (wait for all thumbnails to load)
Poniżej duża galeria zdjęć i wideo (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)

Decyzja o wyjeździe zapadła spontanicznie. Ostatnie dni w Azji na jakiś czas, więc fajnie byłoby zobaczyć coś nowego. Wybór padł na Tajwan! Weekend w Tajpej? Czemu nie!

Zazwyczaj przed wyjazdem w nieznane czytamy co nie co, robiąc wstępny plan. A tak po prawdzie, to Tomek się tym zajmuje, nie ja 😉  Tym razem zabrakło czasu na jakikolwiek plan. Wiemy, że wystarczy nam paszport, nie potrzeba żadnej wizy, a na miejscu jest ciepło. Po co wiedzieć cokolwiek więcej 😉

Szybkie, poranne pakowanie plecaków i w pędzie łapiemy autobus. Z naszego przystanku do lotniska jest 40 min drogi, więc mamy chwilę na krótką lekturę. Na większości blogów i na forach znajdujemy istotną wskazówkę, aby na lotnisku zabrać mapę miasta w języku angielskim i taką samą mapę w języku chińskim. Jak opisują turyści, w Tajpej prawie nie ma możliwości dogadania się po angielsku, a większość informacji i oznaczeń jest w języku chińskim.

Lot z Hanoi do Taipei trwa blisko 3 godziny, które prawie całe przesypiamy. Lądujemy na międzynarodowym lotnisku w Taoyuan. Formalności trwają szybko i jak do tej pory wszyscy mówią po angielsku. Nawet Pani sprzedająca bilety autobusowe, która twierdzi, że mówi słabo, w rzeczywistości odzywa się piękną angielszczyzną. Mapa jest dwujęzyczna.

Autobusem dojeżdżamy do stacji kolei HSR. Podróż z prędkością 350 km/h do centrum Tajpej zajmuję krótką chwilę. Wychodzimy na ulicę. Uderza nas gorąco, wrażenie porządku i czystości. Uberem dostajemy się do naszego hotelu. Po zameldowaniu czas na jedzonko, czyli to, co na wakacjach uwielbiam najbardziej! No…. po wakacjach także 🙂 Jest późno, więc nie ma wielu opcji.  TripAdvisor kieruje nas do pobliskiego pubu. Burgery nie należą do tajwańskich specjałów, ale są wielkie, przepyszne i popijamy je lokalnym piwem. Tak jak w Wietnamie jedząc na ulicy, resztki i śmieci rzuca się pod stół, tak tutaj, w pubie, wszyscy jedzą orzeszki ziemne i łupinki rzucają na podłogę. Żyjąc w Hanoi do wielu rzeczy przywykłam, ale nawet w wietnamskich pubach zachowuje się porządek. Tu okazuje się być odwrotnie. Na ulicy nieskazitelna czystość, a w naszym pubie skorupkowe dywany 🙂 Atmosfera jest znakomita. Wokół sami miejscowi, weseli, na lekkim rauszu, w różnym wieku. Są i starsi panowie w towarzystwie „pań do towarzystwa”. Wszyscy bardzo kontaktowi i sympatyczni.

Kolejnego dnia wita nas słońce. Ruszamy na zwiedzanie miasta. Aby nabrać orientacji w terenie warto rozejrzeć się dookoła. Przed nami Taipei 101, liczący 509 m wysokości wieżowiec, który do 2010 roku był najwyższym ukończonym budynkiem świata. Wczesne wstawanie się opłaca! Nie ma tłumów. Do windy dostajemy się szybko, a na górę jeszcze szybciej. W około 30 sekund pokonujemy 89 pięter!  To najszybsza winda na świecie, z systemem wyrównywania ciśnień. Tej krótkiej podróży na taką wysokość w ogóle nie odczuwamy.  Widok na miasto jest bajeczny. Teraz już wiemy gdzie jesteśmy 🙂

Kolejnym punktem zwiedzania jest Góra Słonia (Elephant Mountain). Nie tak wysoka jak nasz wieżowiec, ale jest z niej widok na panoramę miasta, z Taipei 101 w jej centrum.  Jak ten osioł ze Shreka, co chwilę pytam czy jeszcze daleko. Droga nie ma końca, a w 38 stopniowym upale schodów tylko przybywa, zamiast ubywać. Jesteśmy. W koło sama zieleń, wielkie motyle i podmuchy gorącego powietrza. Chwała tym podmuchom! Łyk wody to cała jej butelka…  Robimy zdjęcia, zatrzymujemy się na dłuższą chwilę.

Po takim wysiłku mój brzuch nie przestaje się odzywać. Wracamy na dół szukać jedzenia. Tam gdzie sami tubylcy, tam zawsze najsmaczniej. Skoro jednak nie trafiają tu turyści, to menu jest tylko po chińsku. Danie wybieramy moim już wcześniej sprawdzonym sposobem. Rozglądam się po talerzach innych i palcem wskazuję danie, które na oko wygląda bardzo apetycznie. Dostajemy przepyszną zupę, pełną makaronu udon i nieco dziwnego mięsa. Po szybkiej analizie świńską skórę zajadamy ze smakiem 😉  Brzuchy pełne. Czas na drzemkę. Wypoczęci wyruszamy na wieczorny podbój metropolii. Cudowne jest to, że prawie w każdym azjatyckim mieście jest targ. Jedno z moich ulubionych miejsc, pełne jedzenia, ubrań i pamiątek. Tajpejski targ jest bardzo długi i przepełniony różnorodnymi pysznościami i błyskotkami. Z każdej strony coś innego dla ciała i ducha. Można tu skorzystać z usług wróżki, depilacji nitką i wielu różnych form rozrywki. Spełnieni jedzeniowo i zakupowo wracamy do hotelu. Jutro kolejny dzień.

Jak na niedzielę przystało postanawiamy spędzić ją leniwie. Metrem wyruszamy do Tamsui, odległej, nadmorskiej dzielnicy Tajpej. Cały dzień spędzamy snując się na promenadzie. Słuchamy muzyki, podziwiamy widoki, zaglądamy do kramów i butików. Co chwilę próbujemy różnych lokalnych potraw. Dzień wieńczymy przepięknym zachodem słońca z widokiem na ujście rzeki Danshui He do wód Cieśniny Tajwańskiej. Szybko kładziemy się spać, bo o 3 nad ranem pobudka i ruszmy do Nha Trang w Wietnamie.

W Tajpej bez najmniejszych problemów porozumiewaliśmy się po angielsku. Spotkaliśmy nawet miejscowych, którzy znali więcej słów w języku polskim niż my po chińsku. Chętnie tu kiedyś wrócimy.


The decision to go was spontaneous. Last days in Asia for a while so would be cool to see something new. The destination of choice turned out to be Taiwan. A weekend in Taipei? Why not!

Usually before travelling to an unknown land I do a little research, make some initial plans. To be honest Tom does that, not me. On this occasion we didn’t have the time to plan anything at all. All we know is that a passport is enough, no visas required and the place is hot. Why would we bother finding out anything else?

Quickly packing the backpacks in the morning and we run for the bus. From our stop to the airport it’s just a 40 minute ride so we use that time to read up a little. Most blogs and forums recommend the same thing – at the airport take a map of the city in English and Chinese. Other travelers say that it’s virtually impossible to find anyone speaking English in Taipei and most of the information and signs are in Chinese.

The flight from Hanoi to Taipei is nearly 3 hours long and we sleep right through it. We land at the the Taoyuan international Airport. We get through the document checking process quickly and so far everyone speaks English. Even the lady selling bus tickets, claiming to speak only a little talks fluently. The map is bilingual.

We take a bus to get to an HSR railway station. Traveling at 350 km/h the journey to the centre of Taipei takes a few moments. We get to the streets and the heat hits us right in the face, as does the clean and tidy character of this place. An Uber takes us to the hotel. Once we’ve checked in it’s time to eat – my favourite thing to do on holiday (and off holiday too ;)) It’s late so our options are limited. TripAdvisor directs us towards a pub nearby. Burgers are not the most Taiwanese dish ever but they’re huge and delicious, especially washed down with local beer. Just like in Vietnam all the leftovers are thrown to the ground so it is in here, in a pub where everyone is enjoying some peanuts but the shells all end up on the floor. Living in Hanoi got me used to certain things but even in Vietnamese pubs everything is tidy. Here it seems quite the opposite. The streets are spotless but the pub has a “shelly” floor. The atmosphere is fantastic. Surrounded by the locals, happy, under slight influence, in different age groups. Some older gentlemen, “escorted” by younger ladies. Everyone seems to be very friendly

The sun greets us the next morning. We set off to see the city. To find out more about where we are we look around. Taipei 101 and all its 509 m is right in front of us. This was the tallest finished building in the world until 2010. Early birds do get the worm – no crowd! We quickly get to the lift which takes us up even quicker. 89 floors in around 30 seconds! This is the fastest lift in the world, equipped with a system that levels the air pressure inside so you don’t really feel that you’ve moved so far up. The view of the city is breathtaking. Now we know much more about where we are.

Next stop – the Elephant Mountain. It’s not particularly tall compared to the skyscraper we just visited but it’s overlooking the city with Taipei 101 right in the centre. Just like the donkey in Shrek I keep asking if we’re there yet. The way seems to be literally never-ending, especially in 38 degree Celsius heat where the number of vehicles around us seems to be consistently increasing. We’re here. Surrounded by the green, huge butterflies and gusts of hot wind. Thanks goodness for the wind. A sip of water is pretty much the whole of it all at once. We take photos and stop for a little while.

After so much effort my stomach doesn’t stop rumbling. We’re heading back down to find food. Wherever the locals flood is where the food’s the best. Unfortunately, due to lack of tourists the menu in in Chinese. I choose my dish using my tested solution – I look around the restaurant and point at stuff that looks appetizing to me. We get a mouthwatering soup full of udon noodles and some strange meat. Quickly analysing the situation we decide to eat what we believe to be pig skin. With our bellies filled up it’s time for a nap. Rested we’ll go to see this metropolis by night,. The best thing is that in practically every Asian city there’s a market. It’s one of my favourite places, full food, clothes and souvenirs. The Taipei market is humongous and full of many different, tasty goodies and shiny trinkets. There’s something for the body and the spirit everywhere I turn my head. Fortune-telling, threading and other things to enjoy. Full with fantastic food and merchandise we get back to the hotel.

We spend the Sunday like a Sunday should be spent – doing nothing. We get on a metro to reach Tamsui, a distant sea-side part of Taipei. We spend the day walking around the promenade. Listening to the music, admiring the views, peeking into stalls and boutiques. We taste more and more local specialities. The day ends for us with a beautiful sunset over the Danshui He river as it flows into the Taiwan Strait. Quickly getting ourselves into bed to be able to get up at 3am and leave for Nha Trang in Vietnam.

We had no problem communicating in English. We even came across locals who know more words in Polish than we in Chinese. We will come back here some day with pleasure.

 

Comments

comment(s)