Dom Tra / Tra’s Family Home

Below you can find english version, huge photo gallery and video (wait for all thumbnails to load)
Poniżej duża galeria zdjęć i wideo (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)

W drodze wyjaśnienia. Mój czas w Wietnamie już minął. W ostatnich tygodniach działo się tak wiele, że nie było czasu na blogowanie. Zostało sporo do opisania, a wspomnienia są żywe. Będę się nimi z Wami dzielić w tym i w kolejnych postach.

Wsiąść do pociągu byle jakiego…  Nie tym razem!  Nie byle jaki i nie pociąg, a autobus! Czym różni się od poprzednich? Tym, że ma miejsca leżące i cieplutkie koce do okrycia oraz niezwykłe miejsce przeznaczenia. Z moją bliską koleżanką Tra (czyt. Cza) ruszamy w 8-godzinną podróż do jej rodzinnego domu, położonego zaledwie 40 km od granicy z Chinami.

Z Tra znamy się z uczelni, uczęszczamy na te same zajęcia. Od samego początku darzymy się sympatią, a z miesiąca na miesiąc stajemy się sobie coraz bliższe. Tomek nazywa nasz duet TrAnia 🙂 Dziś realizuje się nasza już dawno zaplanowana wyprawa. O 5:00 rano docieramy do Cao Bằng, gdzie mieszkają rodzice Tra.

Dom znajduje się 5 min drogi spacerem od miejsca, w którym zatrzymał się autobus. W półmroku mijamy domostwa i zaspane psy, które bezdźwięcznie, lekko unosząc głowy, spoglądają na nas przymrużonym wzrokiem. Najgłośniejszym zwierzakiem w okolicy okazuje się papuga zamieszkująca dom rodzinny Tra. Dziób papugi zamyka się wyłącznie wtedy, gdy wyciągam telefon, aby ją sfilmować.

Ruszamy skuterem na śniadanie. Wszystko smakuje inaczej niż to, co dotychczas jadłam w Wietnamie. Smaki i zapachy są bardziej intensywne. Pyszne! Na lokalnym rynku robimy zakupy potrzebne na lunch i kolację. Kolejny posiłek zjadamy w rodzinnym gronie.

Rodzice Tra są bardzo serdeczni. Z mamą mamy do siebie wiele pytań, chcemy wiedzieć jak najwięcej. Tra jest nie tylko przewodnikiem i przyjaciółką, ale także wspaniałym tłumaczem! Pomimo bariery językowej radości nie ma końca. Dom Tra oraz jej rodzice wypełniają tęsknotę za moim własnym domem. Czuję się jakbym była u siebie, jakbym była tu wcześniej wiele razy. Zasypiam spokojnie, przyszedł czas na południową drzemkę.

Ruch uliczny jest tu znacznie mniejszy niż w Hanoi. Powietrze jest świeże i lekkie. Polną drogą, wśród gór, pokonujemy kilka kilometrów na skuterze. Docieramy do niewielkiej wsi gdzie mieszka babcia mojej przyjaciółki. Dom posiada tradycyjną kuchnię, na środku której znajduje się palenisko. Dla Tra zapowiada się pracowita reszta dnia, pełna tłumaczenia rozmów i wspólnego gotowania. Zabieramy się do przyrządzania kolacji. Najważniejszym elementem dania są ryżowe placki (trochę jak naleśniki). Wiejskim zwyczajem wszystkich wsi świata nic nie obejdzie się bez sąsiada! Udajemy się do pobliskiego domostwa, gdzie przyniesiony przez nas w wiadrze ryż jest mielony, łączony z wodą i zamieniany w lejące się ciasto.

Babcia chętnie opowiada o swojej przeszłości, choć losy jej życia, jak niedawna historia Wietnamu, nie zawsze były lekkie. Szybko mija kilka wspólnie spędzonych godzin, a po pysznej kolacji nie ma już śladu. Przy pełni księżyca, poprzez pola, wracamy do domu.

Po drodze zatrzymujemy się na deser, który wizualnie nie odbiega od tych, jakie na co dzień jadam w Hanoi. Różnica jednak jest w smaku! Znów wyjątkowo pysznie! Okazuje się, że tajemnica tkwi w przygotowaniu ryżu, który tutaj moczony jest w alkoholu 🙂 Rodzinny, cudowny dzień dobiegł końca.

Z samego rana dołączają do nas znajomi. Wspólnie udajemy się nad wodospady Bản Giốc (chin. Détian) położone na rzece Quây Sơn, na granicy Wietnamsko-Chińskiej . Pomimo zachmurzenia i mżawki widoki robią niesamowite wrażenie. Lunch w formie pikniku to jedna z moich ulubionych form spożywania posiłków w Wietnamie. Wszyscy siadamy w kole na ziemi, a po środku ustawione jest jedzenie. Tym razem popularne miski zastępują nam liście bananowca.  Każdy sięga po to na co ma ochotę. Z pełnymi brzuchami ruszamy do jednej z największych i najpiękniejszych odwiedzonych dotąd przeze mnie jaskiń. Doznania tym wspanialsze, że oprócz nas nie ma tu kompletnie nikogo. Wyprawę wieńczymy podejściem na wzniesienie, na którym znajduje się świątynia z niezapomnianym widokiem na wodospad. Cały jego majestat podziwiamy z góry.

Wracamy do domu i  wspólnie z rodzicami Tra zjadamy kolację. Kurczak jest przepyszny! Nie jadłam dotąd tak dobrego nigdzie w Wietnamie. Zupełnie jakby przyprawiała go moja mama! Dzień kończymy grą w karty zakrapianą winem.

Nawet poranne pianie koguta nie chce mnie wyrwać z błogiego snu. W ekspresowym tempie dołączam do reszty mojej brygady. Przez półtorej godziny na skuterach jedziemy przez góry, wśród pól ryżowych, a droga jest tak piękna, że nie chcę by dobiegła końca. Naszym celem jest miejsce gdzie mieszkał i żył Hồ Chí Minh, wielki przywódca Wietnamu. Tu historia jego życia jest namacalna. Wracamy tą samą drogą robiąc liczne przerwy na zdjęcia i odkrywając kolejny, przepiękny wodospad. Na brak wody nie możemy narzekać, bo w drodze łapie nas ulewa. Cali mokrzy, późnym popołudniem docieramy do domu. Kąpiel, kolacja i ciepły kocyk w nocnym autobusie do Hanoi.

Jeden z moich najlepszych wyjazdów w ciągu 10 miesięcy dobiegł końca. Zwiedziałam wiele wspaniałych i przepięknych miejsc, ale ta wyprawa była wyjątkowa ze względu na rodzinny klimat, serdeczność i szczerą radość. Jestem bardzo wdzięczna Tra za zaproszenie oraz pokazanie mi swoich rodzinnych stron. Jednocześnie nie mogę się doczekać kiedy to ona odwiedzi mnie w moim Mechowie.


To make it clear my time in Vietnam has passed. In the last few weeks there was quite a few things going on and I had very little time to blog. There’s still a lot to tell and memories are still very much alive. I’ll share them with you in the next few posts.

Just jump on any train… well not this time. It’s not just any and definitely not a train, but a bus. What makes this so different from the other ones? Well, you get a laying “seat” and nice, warm blankets. Plus an amazing destination. Me and my close friend Tra [pron. Cha] set off on an 8-hour journey to her family home a mere 40 km from the Chinese border.

I know Tra from Uni, we attend the same classes. From the very beginning we really liked each other and every month we are drawn closer to each other. Tom calls our duo “TrAnia”. Today is the day when we make our long-planned escapade a reality. at 5am we reach Cao Bang, where Tra’s parents live.

The house is situated around 5 minutes from the spot our bus dropped us off. At dusk we pass several homes and sleepy dogs, who without a sound follow us with their ever so slightly raise their heads. The loudest pet around seems to be a parrot, who lives with Tra’s parents. Its beak shuts only when I pull my phone out to film her.

We get to our breakfast destination on motorbikes. Everything tastes different compared to what I had been eating in Vietnam so far. The flavors and smells are much more intense. Delicious! At a local market we stock up with the essentials for our lunch and dinner. Our next meal will be with the whole family.

Tra’s parents are very kind. Me and her mum have a lot of questions for each other and want to find out as much as possible. Tra is not just a guide and friend but also an excellent interpreter. Even with the language barrier we are having loads of fun. Tra’s home and her parents fill in the void created by longing for my own. I feel at home here, as if I’ve been here many times before. I slowly drift away, into the afternoon nap.

There’s much less traffic compared to Hanoi. The air is fresh. We ride our scooters down a small path, surrounded by mountains. We reach a small village where my friend’s grandma lives. This house has a traditional kitchen with a hearth in the middle. Tra’s day looks quite busy, filled with interpreting and cooking with me. We start getting the dinner ready. The main element of our dish are rice cakes (kind of like pancakes). As it’s customary in all the villages of the world there is no way a neighbor is not going to be required. We go a nearby household where the rice we brought is ground, mixed with water and turned into a runny mass.

Grandma happily talks about her past, although her whole life, just like the recent history of Vietnam, hasn’t always been easy. Hours spent together pass quickly and a delicious dinner disappeared without a trace. Our path among the fields, lit by the full moon, leads us home

Along the way we stop for desert that, visually, isn’t any different to the ones I have in Hanoi. But the taste is completely different. And, again, exceptionally tasty. The secret, as it turns out, is in the way rice is prepared, which is by dipping it in alcohol. A terrific, family day has ended.

Bright and early we’re joined by some friends. We travel together to a Bản Giốc waterfalls (chin.Détiān) on the Quây Sơn River that straddle the international border between Vietnam and China. Even though the weather is a combination of light drizzle and overcast skies the views are breathtaking. Lunch in the form of a picnic is one of my favorite ways of eating in Vietnam. We all sit in a circle on the ground, the food is in the middle. This time ever so popular bowls are replaced by the leaves of a banana tree. With full bellies we set off towards the biggest and most beautiful caves I’ve ever seen. The experience is even better, since there is absolutely no one else here. The trip ends with a quick hike up a hill, on top of which is a temple with an amazing view of the waterfall. We admire its majesty from above.

We come back home to eat dinner with Tra’s parents. Delicious chicken. I’ve never eaten such a good chicken anywhere in Vietnam. Just like my mum would do it. We finish the day playing cards and drinking wine.

Even the rooster is not able to wake me up this morning. I’ve managed to join the rest of my friend in unreasonably short time. We ride our scooters across hills, mountains, rice fields for an hour and a half and the road is so beautiful that I really don’t want this to ever end. Our destination – the place where Hồ Chí Minh, Vietnam’s great leader, lived. Here the history is so tangible. We go back the same way stopping frequently to take photos and discovering a new, beautiful waterfall. We can’t complain about lack of water as some heavy rain catches us along the way. Completely wet we reach home in the late afternoon. Batch, dinner and a warm blanket in the night bus to Hanoi.

One of my most successful trips of the last 10 months has ended. I’ve visited lots of interesting and beautiful places but this trip was special, thanks to its familiar atmosphere, kindness and genuine happiness. I’m very grateful to Tra for inviting me and showing me her home town. At the same time I can’t wait until she visits me in my little Mechowo.

 

Pictures taken by me and Hoang Nguyen

Comments

comment(s)