Pu Luong

Poniżej galeria zdjęć i wideo (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)
Below you can find photo gallery and video (wait for all thumbnails to load)

Od wielu tygodni planowaliśmy ze znajomymi wyjechać na weekend poza Hanoi. Nasz pierwotny plan, to wyjazd na plażę. Leżeć, smażyć się w słońcu, a od czasu do czasu ochłodzić się w wodzie. Ostatecznie wybraliśmy kompletną odmianę – wioska położna w górach. Nie było opalania, ale to był strzał w dziesiątkę!

Rano prawie punktualnie wszyscy spotykamy się na dworcu i ruszamy około stuletnim autobusem. No może trochę młodszym, ale brak klimatyzacji i wygląd wskazują na wiekowość naszego środka transportu  😉

Zawsze na podróż autobusem po Azji trzeba zabrać coś ciepłego. Mimo, że na zewnątrz termometr wskazuje zazwyczaj ponad 30 stopni, to w autobusach temperatura nie przekracza 20. W naszym autobusie jest sauna!

Rzeczą, która podczas każdej takiej podróży bawi mnie i intryguje jest wietnamski kurier.

Autobus zatrzymuje się bardzo często, a ludzie pakują do luku bagażowego przeróżne przesyłki. W innych miejscowościach lub nawet w środku niczego, przy drodze, są odbierane. Nie ma tu żadnych pokwitowań, a paczki często nie posiadają adresu czy nawet imienia i nazwiska adresata. Wszyscy odbierający doskonale wiedzą, które przesyłki są dla nich.

Autobus wyrzuca nas na trasie, a my musimy złapać taksówkę, żeby dostać się do o 18 km oddalonego Pu Luong. Wszyscy pakujemy się do samochodu i docieramy do miejscowości. To nie koniec naszej drogi. Musimy poczekać na właściciela miejsca w którym się zatrzymamy.

Pu Luong wita nas szalonym deszczem. Postanawiamy przeczekać, bo przed nami kolejne 3 km, ale tym razem na pieszo. Schronienie znajdujemy w przydrożnym domu, u obcych ludzi. Właścicielce mieszkania nie przeszkadza, że 8 osób przeczekuje u niej deszcz i nie robi na niej wrażenia, gdy rozsiadamy się przy stole z 5-litrowym kartonem wina.

To jest to, co zawsze mnie zadziwia. Dobroć i gościnność Wietnamczyków jest ogromna. To nie pierwszy raz kiedy tego doświadczam. Zapytanie kompletnie obcych Wietnamczyków o możliwość skorzystania z ich toalety zawsze poparte jest aprobatą. W takich sytuacjach próbuję sobie wyobrazić jak zareagowaliby mieszkańcy Polski. Czy wpuściliby nieznajomego, z którym nie można się porozumieć ze względu na barierę językową, do swojego mieszkania?

Nadal mży, ale decydujemy się wyruszyć do miejsca noclegowego. Idziemy krętą górską drogą, z widokiem na bajeczne pola ryżowe. Dzisiejszą noc spędzimy w tradycyjnym wietnamskim domu. Oznacza to, że śpimy na podłodze i oprócz okien i drzwi w naszym pomieszczeniu nie znajduje się nic innego. Pomimo ciągłych myśli czy nie zaskoczy mnie żaden karaluch, ani inny robak, mam poczucie, że to coś niesamowitego.

Wiejskim standardem budzimy się o 5 rano. Kogut nie daje za wygraną. O karaluchach nic nie wiem, może mnie odwiedziły 😉 Dzień zapowiada się słonecznie. Szybkie śniadanie i motorami ruszamy do wodospadu. Widoki są przepiękne. Zatrzymujemy się często, aby zrobić zdjęcia. Po kilku godzinach docieramy na miejsce. W chłodnej wodzie moczymy nogi, relaksujemy się podziwiając ten cud natury i popijając wodę cukrową.

Wspaniałą wyprawę wieńczymy lunchem, na którym królują koniki polne. Tym razem nie kosztuję tego przysmaku. Czas powrotu i znów zasypiam spełniona w moim łóżku w Hanoi.


It’s been weeks since me and my friends started planning a weekend away from Hanoi. Our initial plan was to go to the beach. Lie down and fry in the sun with a few quick cooling-off sessions in the water. Eventually we have decided to do the complete opposite – a village in the mountains. No sunbathing but it was a perfect idea!

In the morning everyone promptly made their way to the bus station and we set off in at-least-a-hundred-years-old bus. Ok it might have been a little less than 100 years but still with no air-con, looking really super old.

You would normally prepare yourself for a trip like that by taking something warm. Even though the temperature outside is over 30 degrees centigrade on the inside is below 20. Our bus was different. It felt like a sauna.

The thing that is intriguing and amusing for me during a bus trip is the Vietnamese courier. The bus stops very frequently and people stuff different parcels into the luggage compartment. They are collected in other towns, villages or even in the middle of nowhere, just by the road. There are no receipts and the parcels often have no address or even a name of the addressee. Everyone collecting a parcels knows exactly which one is for them.

THe bus drops us off along the way and we need to find a taxi to travel 18km to a place called Pu Luong. We get ourselves into the car and get to our destination. This is not the end of the road yet. We still have to wait for the owner of the place we’re going to stay.

Pu Luong welcomes us with rain. We decide to wait it out, especially that we’re going to walk the next 3 km. We find shelter in a nearby house that belongs to someone we’ve never met before. The owner doesn’t seem to be bothered that 8 strangers wait for the rain to stop in her flat. Even when we sit down at her table with a 5-litre box of wine she seems completely unconcerned.

This is truly wonderful. The kindness and hospitality of the people of Vietnam is amazing. It’s not the first time I’m experiencing it. Every time I ask complete strangers if I can use their toilet I hear “yes”. In situations like these I’m struggling to see this being the reaction of Polish people, to let someone they’ve never seen before, someone with whom they can’t even communicate because of the language barrier, into their home.

It’s still drizzling but we decide to get going towards our place to stay. We’re following a mountain path, winding above beautiful views of rice fields. Tonight we’re staying in a traditional Vietnamese house. This means we’re sleeping on the floor and there is nothing in the room except the door and a couple of windows. Even though my brain is filled with thought of a cockroach and other bugs crawling beside me it all still seems incredible.

As expected in the countryside the wakeup call comes in at 5 AM. The rooster is not giving up. I’ve no idea if the ‘roaches visited me or not. It looks like we’ve got a sunny day ahead of us. Quick breakfast and we set off on our bikes towards a waterfall. Breath-taking views. We stop frequently to take photos. After a few hours we reach our destination. Dipping feet in the cool water we relax admiring this miracle and drinking sugary water.

This amazing trek ends with lunch where the main dish seems to be grasshopper-based. I pass on this one. Time to get back. I fall asleep in my bed in Hanoi.

 

Comments

comment(s)