Thai Nguyen

Poniżej galeria zdjęć i wideo (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)
Below you can find photo gallery and video (wait for all thumbnails to load)

Każdy potrzebuje czasem uciec od zgiełku wielkiego miasta. Ostatnio nie miałam ku temu zbyt wielu okazji.

Siódma rano. Wraz z moją koleżanką Hien wyruszamy do miejscowości Thai Nguyen. Autobus pokonuje drogę w 4 godziny. Szybko meldujemy się w hotelu i wyruszamy odkrywać uroki okolicy. Zmierzamy do Nui Coc Lake i parku znajdującego się przy częściowo wyschniętym jeziorze. Na miejscu widok podobny do tego, jaki spotkał mnie w zamkniętym aquaparku w okolicy Hue – plastikowe krokodyle! Tylko tam tylu gadów nie widziałam. Zaskoczenie było tym większe gdy ta, jak sądziłam plastikowa masa, ocknęła się z letargu, zaczęła szczerzyć zęby i żwawo się poruszać. My wzmogłyśmy apetyt krokodyli, a one nasz 😉 Na lunch polecana przez kierowcę naszej taksówki „bun cha”. Oj daleko jej do mojej ulubionej, bardzo daleko! Wietnamską tradycją czas na drzemkę! Hien śpi jak zabita, a przecież wcale tak bardzo się nie zmęczyłyśmy i tyle jeszcze do zobaczenia. Po półtorej godziny budzę koleżankę i ruszamy dalej.

Trafiamy do domu, w którym cała rodzina jest zaangażowana w produkcję herbaty. Nikt tu  nie mówi po angielsku, ale z wielkim uśmiechem i chęcią pokazują nam wszystkie procesy od zerwania liści do pakowania już gotowej do parzenia herbaty. Kto by pomyślał, że zanim my zalejemy gorącą wodą suszone liście, to muszą one przejść przez tyle różnych procesów?!

W miejscu tym przygotowywana jest także matcha – zielona herbata w proszku. Właściciele posiadają specjalne maszyny do jej produkcji. Jest też mały, ręczny, tradycyjny młynek żarnowy, którego używało się niegdyś. Samodzielnie próbuję liście zamienić w zielony pył! Hien i właściciele są zaskoczeni moim zaangażowaniem. Tak się zakręciłam, że minęła godzina i ukręciłem 6 łyżek matchy. Ta niewielka ilość i trud włożony w jej powstanie, to ogrom satysfakcji. Będzie jej jeszcze więcej gdy po powrocie do domu własnoręcznie utartą matchę zaparzę z mlekiem i podam moim najbliższym. Dzień wieńczymy jogą.

7:30 rano i szybkie śniadanie.  Zupa Pho ma inny kolor niż ta, którą zawsze jem na mojej alei. Ze zdziwieniem informuję Hien. Kelner spojrzał na moją minę i szybko zorientował się, że chyba coś mi się nie podoba i wytłumaczył, że Pho w każdej prowincji jest przygotowywana inaczej. Z pełną wiarą w jego słowa, zjadam ze smakiem.

Łapiemy taxi w nieznane. Witamy w Thai Village! Jest to tradycyjna wioska mniejszości etnicznej, w której panuje całkowity spokój i cisza. Miejsce ekologiczne, w którym wszyscy mieszkańcy znają się i pomagają sobie nawzajem. Dzieci zajmują się odrywaniem orzeszków ziemnych od korzeni, kobiety uprawą warzyw, a inni mieszkańcy wyrobem tradycyjnych win, które powstają np. z węży, robaków, imbiru i przeróżnych owoców. Znajduje się tu także wytwórnia naturalnych leków. Cała wieś skryta jest w lesie, i nie docierają tu odgłosy cywilizacji. Jest za to mowa dżungli i całej masy owadów, które ją zamieszkują. Wcześniej z tym dźwiękiem spotkałam się w Kambodży. Jest niezwykle intensywny, brzmi nieco jak piła spalinowa, ale jednocześnie jest to dziki i przyjemny odgłos przyrody.

Po zwiedzeniu wsi przychodzi czas na pyszną herbatę i lunch. Po 15:00 siedzimy znowu w autobusie i wracamy do Hanoi. Po dwóch pełnych wrażeń i słońca dniach, Hanoi wita nas burzą, silnym wiatrem i ulewą.

Hien była nie tylko wspaniałym kompanem wyprawy, ale także cierpliwym tłumaczem, za co bardzo jej dziękuję.


Everyone needs to get away from the city noise from time to time. I didn’t have too many chances for that recently.

Seven in the morning. Together with my friend Hien we set off to a place called Thai Nguyen. The bus takes four hours to get there. We check into a hotel and go out to discover the beautiful area. We’re headed towards Nui Coc Lake and a park by a partially dried lake. When we got there we were met with a view familiar from the Hue aquapark – plastic crocodiles. There weren’t as many at the aquapark. The surprise got better when the seemingly plastic mass suddenly sprung to life, started to show its teeth and move quite quickly. We must have boosted their appetites and they have definitelly made us feel hungry. “Bun cha” for lunch, as recommended by the taxi driver. Far off the mark set by my favourite. Conforming to the local tradition it was a time for a nap. Hien is a deep sleeper even though we didn’t really have a chance to get properly tired and had so much more to see. After an hour and a half I decided to wake my friend up to continue our adventure.

We come across a house where everyone is involved in tea-making. Nobody speaks english but, with a great smile, they kindly show us every process they go through, from picking the leaves to packing the product, ready for brewing. Who would have thought that before we can pour hot water over dried leaves they have to go through so many processes?!

This place also prepares matcha – powdered green tea. The owners use a special machine to make it. There’s also a small, manually operated grinder, use a long time ago. I’m attempting to grind the leaves into a green powder. Hien and the owners are surprised with my commitment. I got spinning so hard that in an hour I ground 6 spoons of of Matcha. This modest amount of product and surprisingly large amount of effort gives loads of satisfaction. There’ll be more satisfaction when I get back home and brew a cup of match I personally ground. The day ends with yoga.

7:30am and a quick breakfast. Pho soup has a different colour to the one I usual have in my alley. Surprised, I tell Hien. The waiter looked at me and quickly realised that I might not be too happy about something, then went on to explain that Pho is prepared in different ways in different provinces. Fully believing every word I ate it. Delicious…

We hail a taxi and go off into the unknown. Welcome to Thai Village! This is a traditional village inhabited by an ethnic minority, completely calm and quiet. This place is truly eco, full of people who know and help each other. Kids separate the peanuts from the roots, women grow vegetables, some make traditional wines made of stuff like snakes, bugs, ginger and many different types of fruit. There’s also a place making natural remedies. The whole village is hidden away in a forest and no sign of civilisation seems to get this far. It’s replaced by the sound of the jungle and a massive amount of bugs living here. I’ve come across these sounds before in Cambodia. It’s incredibly intense and sound like a chainsaw, a wild and pleasant sound of nature.

After a tour around the village we find some time for delicious tea and lunch. A few minutes past 3pm we’re back on the bus, headed for Hanoi. Two days full of excitement and sun end with Hanoi’s stormy, windy and wet welcome.

Hien wasn’t just a great travel buddy but also a very patient interpreter, for which I’m really grateful.

 

Comments

comment(s)