Hue

Hue będące dawną stolicą Wietnamu oddalone jest od Da Nang o przeszło 100 km. Odległość tę pokonujemy jadąc pociągiem przez cztery godziny, a koszt przejazdu to około 7 PLN. Pociąg w tym wypadku to nie tylko środek transportu, ale i wspaniała atrakcja. Poruszamy się cały czas wzdłuż wybrzeża Morza Południowochińskiego. Niezwykłe widoki. Skaliste wybrzeże i piaszczyste, puste plaże, gaje palmowe, wodospady i góry. Pociąg jedzie powoli co daje możliwość spokojnego napawania się widokami.

Hotel rezerwujemy na ostatnią chwilę. Tomek zrobił wstępną selekcję, a ja ostateczną. W Hue mamy spotkać się z Sophie, moją koleżanką ze studiów, która przyjechała tu na miesięczny staż w jednym z hoteli. Hue liczy sobie przeszło 300 tys. mieszkańców, a hoteli w mieście są setki. Wyobraźcie sobie jaki szok przeżywamy gdy, w recepcji naszego hotelu wita nas Sophie! Mieliśmy się spotkać dopiero kolejnego dnia gdzieś na mieście. Co za niespodzianka! Z naszego pokoju mamy wspaniały widok na miasto, a z dachu hotelu rozpościera się widok na Rzekę Perfumową i Cesarskie Miasto na drugim jej brzegu. Jesteśmy tak blisko, że od razu ruszamy na zwiedzanie. Jest gorąco i słonecznie. Ponoć mamy wielkie szczęście zastać Hue w taką pogodę, bo tu przeważnie pada. Przekraczamy most, a przed nami wspaniała cesarska cytadela, znajdująca się na światowej liście Unesco. Leniwie przechadzamy się długimi korytarzami chroniącymi nas przed słońcem i podziwiamy kunszt budowniczych zabytkowego miasta.

Kolejnego dnia jedziemy zwiedzać zabytkowe, cesarskie grobowce z XIX wieku. Wspaniale zachowana architektura, mnogość pomników i parki okalające grobowce robią wrażenie. Zmieniamy jednak nasze popołudniowe plany zwiedzania kolejnych grobowców i ruszamy na poszukiwania zaginionego parku wodnego. Może nie jest on zabytkiem architektury, ale owiany jest tajemnicą, która przyciąga. Już sama lokalizacja tego miejsca nie jest powszechnie udostępniana na internetowych mapach i obiekt nie figuruje jako żadna atrakcja. Park ponoć z powodu braku finansów zakończył swoją działalność zaraz po otwarciu, a od około 10 lat pochłania go dżungla. Nie jest to miejsce mroczne niczym z horrorów, ale pełne barw i nieco abstrakcyjne. Nie jesteśmy tu sami, choć turystów oprócz nas nie widać. Przyjeżdżają miejscowi, na pikniki i randki. Przechadzają się dzikimi alejkami wzdłuż niewielkiego jeziora. Nad całością terenu dominuje wielki smok, są też ślizgawki i basen dla dzieci. Prawdziwe aligatory wywieziono stąd jakiś czas temu, a w zaroślach można spotkać tylko te sztuczne. Zielone łąki parku służą za pastwisko dla krów. Jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju.


Hue is a former capital city of Vietnam and is around 100km away from Da Nang. We travel by train for four hours paying 7 zlotys for the tickets. The train is not just means of transport but also an attraction. We go along the coast of South China Sea. Incredible views. Rocky cliffs and sandy, nearly deserted beaches, palm groves, waterfalls and mountains. The train’s going slow so we soak up the view.

The hotel reservation was truly last minute. Tom made the preliminary selection and left the final choice to me. In Hue we’re supposed to meet Sophie, my friend from Uni, who came here for a month-long internship at one of the hotels. Hue has a population of over 300k and hundreds of hotels. Imagine how surprised we’re to see Sophie at reception of our hotel. We were supposed to meet up the following day somewhere in the city. What a surprise.

Our room has a beautiful view of the city and from the roof we can see the Perfume River and City of Caesars on its other side. It’s so close that we set off immediately. It’s hot and sunny. Apparently we’re quite lucky to visit this city in this weather as it’s usually quite wet.

We cross the bridge to see a magnificent citadel, one of the Unesco World Heritage sites. Slow and steady we walk along the corridors that shade us from the sun, admiring the city builders’ craftsmanship.

The next day we go to see the Caesars’ tombs, dating back to the 19th century. The architecture preserved in an immaculate condition, many monuments and parks surrounding the tombs are impressive. We make a change to our afternoon plans initially involving more tombs to find a lost waterpark. It might not be an architectural gem but it’s a mysterious place nonetheless. Even the location itself is not visible on online mapping services and the place is not listed as an attraction. The park has been shut down due to lack of funds and for the past 10 years it has slowly been consumed by the jungle. It’s not a dark place from a horror film but it’s definitely an abstract one. The locals come here for picnics and dates so we’re not alone but no tourists seem to be present. People walk along the alleys around a small lake. A massive dragon dominates the space above the park with slides and swimming pools around. Real alligators have been transported out of here some time ago but the bushes are full of the fake ones. Green meadows are now pastures for cows. This place is truly a one-of-a-kind one.

We spend the evening with Sophie, who is on her way how in France the following day. Me keep going. Next stop – incredible Hoi An. I’ll post about it a little later as I’m planning to come back here one more time in a few weeks. You’ll get the full package then.

Comments

comment(s)