Inle Lake, Myanmar

Chłód mrozi krew w żyłach. Zmarznięci meldujemy się o 7:00 rano w kolejnym doskonałym, birmańskim  hotelu, w którym przyjmują nas na wiele godzin przed rozpoczęciem doby hotelowej. Gorąca herbata i śniadanie nieco podnoszą temperaturę. Jesteśmy w wielkiej dolinie, a w koło góry. W nocy temperatura spada do kilkunastu stopni, a w ciągu dnia przekracza 30. Gdy przywykło się do upałów, to przy 20 stopniach lekka kurtka i apaszka okazują się niezbędne, a kilkanaście stopni, to już wielki chłód.

Po krótkiej drzemce ruszamy na spacer. Miasteczko jest niewielkie. Większość dróg, to drogi polne, nierówne i pełne wybojów. W powietrzu jeszcze większy kurz niż ten w Rangunie. Sklepy to budki skonstruowane często z kawałków blachy i drewna. Nie brak tu jednak bankomatów, ani widocznych w całej Azji, nawet w najuboższych rejonach, sklepów z telefonami komórkowymi. Te zdają się podstawą egzystencji niezależnie od miejsca na świecie i stopnia ubóstwa. Turystów nie widać zbyt wielu. Szybko okazuje się, że co chwila spotykamy te same białe twarze. Rozpoznajemy się bez problemu. Miejscowa ludność charakteryzuje się nieco ciemniejszym odcieniem skóry i wyraźnie inną urodą niż pozostali mieszkańcy tej części Azji. Mgliste spojrzenia tubylców, wydają się pełne smutku i cierpienia. Być może to rażący kontrast pomiędzy zasobnością portfela turysty, a przeciętnego obywatela Birmy odciska na nich swe piętno, a może to tylko nasze nietrafione odczucia i nieznajomość Birmańczyków. Tego do końca naszej podróży się nie dowiemy. Birmańczycy, których spotykamy na ulicach są powściągliwi, czujemy się tu bezpiecznie, ale wiemy, że nie jesteśmy u siebie.

Mamy zapas czasu. Tak planowaliśmy naszą podróż po Birmie, aby w każdym miejscu mieć przynajmniej jeden dzień dodatkowo na nieprzewidziane sytuacje. Dzień przed nami jest jednak długi, a rządza przygód od razu pcha nas w kierunku tego po co tu przyjechaliśmy. Wynajmujemy długą łódź ze sternikiem i kilometrowymi kanałami wypływamy na jezioro Inle, drugi co do wielkości zbiornik wodny tego kraju zajmujący 116 km kw. Tu łowi się w niezwykły sposób – zarówno wiosłuje jak i wyciąga się sieci przy pomocy nóg. Pięknie wykonane kosze, które kiedyś były wykorzystywane przy połowach okazują się być wyłącznie atrakcją turystyczną, a rybacy zwykłymi szołmenami wyciągającymi ręce nie po rybę w sieci, a po nasze pieniądze. Lekcja odrobiona. Potem już omijamy ich z daleka. Płyniemy dalej, a oba brzegi jeziora są bardzo odległe. Po godzinie docieramy do wiosek położonych na niewielkich wyspach i na palach na wodzie. Wszędzie widać  reklamy sieci i telefonów komórkowych. Są liczne restauracje i wodne punkty handlowe. Jemy lunch i ruszamy dalej. Żegnamy się z okolicą, do której dociera większość turystów, a jezioro Inle zaczyna przed nami odsłaniać swoje prawdziwe oblicze. Drewniane chaty i narastające ubóstwo. Szkoły na palach, prowizoryczne stacje benzynowe i strudzeni niekończącym się wiosłowaniem ludzie. Tu toczy się życie, wszystko na wodzie i wokół wody. Tu rodzą się dzieci i dojrzewają warzywa na wodnych ogródkach. Tu wśród ubóstwa wyrastają piękne świątynie. Nasza łódź godzinami przeciera wodne korytarze.

Płyniemy przez zieloną łąkę porastającą jezioro by dotrzeć na sam jego kraniec, do rzadko odwiedzanej świątyni na niewielkim wzgórzu. Na brzegu witają nas pasące się bawoły i pracujący z nimi ludzie. Po drodze spotykamy dzieci trudniące się jako kasjerzy biletowi przy wejściu do świątyni. Trzem chłopcom w wieku 6-8 lat przerwaliśmy właśnie wspólną toaletę na zielonej łące. Kasa jednak musi się zgadzać, a dzieci są tylko dziećmi więc obdarowane balonami mają doskonałą zabawę. W świątyni tylko my, Budda, niezliczone stupy i wygrzewające się w słońcu psy. Atmosferę miejsca potęguje cisza i fakt, że jesteśmy tu kompletnie sami. Czas wracać, bo przed nami długa droga. Na wodzie zastaje nas majestatyczny zachód słońca. Przyglądamy się też pracy prawdziwych rybaków, którzy nadal przy połowie i wiosłowaniu wykorzystują swoje nogi, ale bez widowiskowych koszy. Wolimy autentyczność. Słońce zaszło za górami, temperatura powietrza spada z minuty na minutę. Do brzegu docieramy w pełnej ciemności. Na rozgrzanie zamiast kuchni lokalnej, nasza ulubiona kuchnia hinduska. Niewielki lokal, gdzie komplet gości, to może kilkanaście osób. Wita nas roześmiany, młody Nepalczyk mówiący doskonałą, brytyjską angielszczyzną. Jest tu właścicielem, kucharzem i kelnerem, a my mamy wielkie szczęście, że ma dla nas stolik. Na posiłek czekamy blisko godzinę. Było warto, oj ale to jak było warto! Nepalskie serce na talerzu czuć w każdym z naszych dań. Jesteśmy w niezwykłym miejscu. Wśród zakurzonej i ciemnej ulicy, wśród świec i przerw w dostawie prądu, cicho rapuje Eminem, a przy tanecznym kroku Nepalczyka, tu w Birmie, powstają niezwykłe dania kuchni indyjskiej. Mamy swoje miejsce na kolejne posiłki w Nyang Shwe!

Rano ruszamy na rowerach odwiedzić pobliską świątynię i malownicze wzgórza, gdzie produkuje się birmańskie wino. Wśród winorośli degustujemy wyjątkowe trunki. To najlepsze dotąd azjatyckie wina z jakimi się zetknęliśmy. Nie bez znaczenia są widoki i panujący tu spokój. Kilka kilometrów, które mamy do pokonania w drodze powrotnej zdają się nie mieć końca. Może to przez to słońce?! Przywykliśmy do kurzu i mroku, a nasze Nyaung Shwe jest przez to niezwykle romantyczne. Przed nami i przed Wami magiczne Bagan, które odsłonię w kolejnym poście.

Poniżej wielka galeria zdjęć (poczekaj na załadowanie się wszystkich miniatur)


The cold nearly freezes our blood. Completely frozen we check into yet another perfect Burmese hotel at 7am, good few hours before the official check-in time. Hot tea and breakfast help us recover a little bit of body heat. We’re in a massive valley, surrounded by mountains. At night the temperature falls to just a few degrees while during the day it’s over 30. Once you get used to heat 20 degrees means a light jacket and scarf are essential and anything under 20 is just freezing cold.

After a quick nap we go for a walk. The town is small. Most of the roads are unsurfaced, full of holes. There’s even more dust in the air than there was in Rangoon. Shops are just small booths made of some tin and wood. There still plenty of cash machines and mobile phone shops, visible all around Asia, even in the poorest places. These seem to be the very basis of existence regardless of where you are and what your social status is. Not too many tourists around. We soon realise that we’re seeing the same white faces. It’s easy to spot as the locals have slightly darker complexion and a look differently compared to the inhabitants of this region of Asia. Hazy looks on the faces of the natives seem to be full of sorrow and suffering. Could it be the stark contrast between the wealth of a tourist and the local inhabitants is the reason for this expression, or maybe we’re just overthinking this with our limited knowledge of the burmese. I don’t think we’ll find out before the end of our trip. The people we meet in the streets are reserved, we feel safe but we know we’re not at home.

We’ve got some spare time. Planning our trips we’ve made sure we have at least one additional day for unpredicted events. The day ahead of us seems to be a little too long and the call of the adventure pushes us straight into what we’ve come here for. We hire a longboat with a helmsman and, via miles-long canals we get to the Inle Lake, second-largest reservoir in this country, covering 116 sq km. Fishing here is extraordinary – both rowing and pulling the net is done using legs. Beautifully made baskets once used by the fishermen are now just a tourists attraction, the fishermen themselves are just skillful showmen reaching out not for fish but for our money. Lesson learnt. We make sure to keep away. We keep on going and the shores on either side seem to be very far away. After an hour we reach villages located on small islands, situated on piles. Adverts for mobile phones and carriers are everywhere. There is quite a lot of restaurants and shops on the water. We keep going straight after lunch. Saying goodbye to the area usually visited by tourists and the Inle lake shows us it’s true colours. Wooden huts and increasing poverty. Schools on piles, makeshift petrol stations and people, exhausted from the endless rowing. Here life goes on in, on and around water. Here children are born and vegetables grow in water gardens. Here magnificent temples are erected among poverty.

Our boat drifts through the corridors of water. We go through a meadow covering the lake to get to its other end to a rarely visited temple on a hill. We’re greeted by buffalos grazing  at the shore and people rearing them. Along the way we’re being welcomes by children working as cashiers by the entrance to the temple. We’ve interrupted three boys aged between 6 and 8 as they were going to the toilet in the green. The money has to be right but kids will always be kids so given the right amount of balloons they can have some fun. We’re the only people in the temple, accompanied by the Buddha, countless stupas and dogs basking in the sun. The fact we’re completely alone, the dead silence, intensify the atmosphere. Long way ahead of us so it’s time to go. A majestic sunset finds us on the water. We’re looking at some real fishermen doing their thing with their legs and feet but completely sans-baskets. We prefer the real thing. The sun has disappeared beyond the hills, temperature starts falling. We reach the shore in pitch-black darkness. Warming us up tonight will be our favourite Indian cuisine, instead of the local one. Small place completely filled by maybe a dozen guests. We’re greeted by a smiling, young Nepalese man speaking perfect British English. He’s the owner, chef and the waiter and we’re lucky he’s got a table for us. The food doesn’t arrive for another hour but it was so worth the wait. We can taste the Nepalese soul in all of the dishes. We’re in an extraordinary place. By a dusty, dark road, among candles, constant power outages, with quietly rapping Eminem and slowly waltzing Nepalese, here in Burma incredible Indian dishes are made. That’s our spot for all our meals in Nyang Shwe.

In the morning we set off towards a nearby temple on bicycles. We cycle towards hills where Burmese wine is made. Among the vines we taste some exceptional vintages. These must be the best wine in Asia we’ve come across so far. The views and atmosphere is not without it’s significance. A few miles of our way back seem to never end. Maybe it’s the sun?! We got so used to the dust and gloom which makes our Nyaung Shwe very romantic. Bagan is ahead of us (and you) and I’ll tell you all about it in the next post.

Comments

comment(s)